wtorek, 23 października 2012

To ja pasuję - "Gra" Johna Connora

Tym razem będzie na ostro, bo wreszcie trafiła mi się książka, przez którą nie przebrnęłam. Nawet nie dlatego, że jakoś wyjątkowo mnie poraziła. Zostało mi ze dwadzieścia stron. Mogłabym doczytać, ale… Ale ni diabła nie interesują mnie dalsze losy bohaterów, którzy mnie ani ziębią, ani grzeją i których ledwie sobie po dwóch tygodniach przypominam.


 Wczesnym rankiem 31 grudnia 1999 roku, z piętnastego piętra luksusowego apartamentowca w centrum Leeds ktoś wyrzuca pochodnię. Ludzką pochodnię! Ofiarą jest Nicholas Hanley, bogaty deweloper z ambicjami i szerokimi powiązaniami w świecie finansów i polityki. Równocześnie znika jego kochanka, Anna Hart. Czy prowadzący śledztwo sierżant Pete Bains zorientuje się na czas, że Anna i jej jedenastoletnia córka zostały porwane? Równolegle trwają intensywne poszukiwania zaginionej bez wieści detektyw Karen Sharpe. Od tego, kto pierwszy ją odnajdzie, zależy znacznie więcej niż tylko jej życie…

Kopiuj i wklej. Bo jestem leniwa. Jak łatwo wywnioskować z opisu, Anna Hart i Karen Sharpe to jedna i ta sama osoba. Kij z tym, uznałam, biorąc się za lekturę, póki na czwartej okładce redaktor nie ujawnił zakończenia (albo twistu – pozdrowienia dla „Zamieci”, której główny zwrot akcji został pieczołowicie opisany na czwartej okładce), mogę mieć nadzieję.

Fabuła tej książki nie jest wybitnie fatalna, co samo w sobie zasługuje na uznanie. Karen żyła przez ostatnie lata pod przykrywką u boku lotnego denata. Facet wyleciał przez okno, za babką ruszają porywacze. Łapią ją zresztą szybko, gdy, wraz z córką jedzie taksówką na lotnisko. Taksówkarzowi w łeb, babę z dzieckiem pod pachę i wio – do tego złego, co to się go wszyscy boją…

Przez bardzo dużo kolejnych stron baba z dzieckiem jadą. Porwane przez niepełnosprytnego gościa, tak zwanego „normalnego tatuśka”, zmierzają ku zagładzie. I zmierzają. Atrakcji nie ma do momentu, gdy ten zły zmienia plan. Zdenerwowany kierowca (już mu nosem wychodzi całe to porwanie, ma rodzinę i w książce znalazł się w ogóle przypadkiem) cierpi na problemy z żołądkiem. Po drodze musi wysiąść. Żeby się wysrać. Tak! Wreszcie książka, w której i źli i dobrzy załatwiają problemy fizjologiczne. Moment srania pod krzaczkiem wybierają nasze bohaterki na próbę sił. Cóż, skutkiem jest tylko to, że wszyscy taplają się w guanie (które autor dokładnie opisał) i jadą dalej. Śmierdząc. Co autor opisał równie dokładnie, jakby to była najważniejsza rzecz pod słońcem…

Główny zły chce wiedzieć, gdzie podziewa się mąż Anny/Karen. Lotny denat, przypominam. Z tego wniosek, że lotny denat wcale nie jest denatem. Co by przekonać do mówienia oporną ofiarę, zły posuwa się do kolejnych perfidnych czynów. Jako iż jego kryjówka znajduje się w rzeźni, ma pod ręką multum interesujących narzędzi. Postanawia więc zdekapitować biedne zwierzę, a potem oblać krwią córeczkę Karen. Fuj. Kolejny opis. Dość? Nie, nie dość. Głównego złego stać wiele więcej – prowadzi bohaterkę do pokoju obok, zdziera z niej ciuchy i gwałci do skutku. Jakiego? A podobno takiego: jak Karen zostanie należycie zgwałcona, to ze strachu, że zły zrobi to samo jej nastoletniej córeczce, zacznie gadać. Finezyjny typ z tego naszego złego, nie? Jak jasna pieprzona cholera.

Nie bój się czytelniku – nasze bohaterki uciekną. Kiedy? Wtedy, gdy umazany w gównie porywacz będzie chciał się wykąpać. Nie może spuścić z oczu ofiar. Nie porzuci pistoletu. Zamiast więc wytrzymać w syfie jeszcze pół godziny, będzie się domagał, by… Karen go umyła. Pod prysznicem.

Dobra, dość. Kto o tyle, o ile coś kuma, doszedł już do wniosku, że pomysły autora są cokolwiek… Idiotyczne? Epizod z gównem, krwią, gwałtem, wynajęcie konkursowego matoła, aż wreszcie smutny i znamienny przypadek kota, po którym to przypadku porzuciłam lekturę, świadczą o jednym – „Gra” nie trzyma się kupy, nie uwodzi detalami i nie oferuje zapierającej dech w piersiach akcji. No, chyba, że ktoś obgryza paznokcie zadając sobie ważkie pytanie: zesra się, czy się nie zesra?

Trochę mi szkoda. Szkoda mi, że całkiem niezła intryga dosłownie utopiła się w szambie.  Nie polecam.

POSŁOWIE

Bo dwie rzeczy: cała ta akcja z lotnym denatem też nie wychodzi zbyt inteligentnie. Opis zabójstwa można przeczytać, żeby się pośmiać z niekompetencji przestępców. A ta druga rzecz, to wspomniany kot. Niemalże sam finał, domek w szczerym polu, śnieżyca, zima hula i nagle, zupełnie za przeproszeniem, z doopy, w drzwi skrobie kot. Nie, nie dorosły, wypasiony weteran, łowca myszy. Mały kotek. Teleportował się z innej rzeczywistości, by stać się symboliczną ofiarą. Pies kichał logikę i prawdopodobieństwo – trzeba napisać straszliwie przerażającą scenę, w której zły morduje domowe zwierzątko, a kotki są fajne, kotki wszyscy lubią, więc damy kotka. Panie autor, następnym razem poproszę o postać z zamiłowaniem do glonojadów.

*Miedzianka

1 komentarz:

  1. Dawno się tak nie uśmiałam!

    Świetna recenzja :))))

    OdpowiedzUsuń