wtorek, 18 września 2012

50 twarzy Greya - pod publiczkę



Żeby się pozycjonować, a co? W końcu to bestseller, nie ma przebacz, opinii na sieci całe mrowie, na pewno ktoś się skusi i przeczyta. Recenzję, nie książkę. Połowa osób, które przeczytają książkę, wcale się do tego nie przyzna. Połowa z tej połowy, która się przyznała – objedzie. Połowa z tej połowy, która objechała, zrobi to zupełnie nieszczerze, bo tak pewnie wypada. Druga połowa, czyli szczera połowa (żeby się połowy nie pochrzaniły) pewnie uzna PTG (skrót od tytułu, dla mniej zorientowanych) za rzecz niestrawną obrzydliwą, niekoniecznie ze względu na brak walorów literackich, ale przez wzgląd na zawartość merytoryczną.

Bo on ją klepie, a ją to kręci. Nie „bije”, bo „bije” pod koniec, ale klepie. To się nazywa spanking. Taki dla mało zaawansowanych, ale co tam – obrzydliwie jest i koniec, bo kobieta nie jest przedmiotem i żaden chłop (nawet pachnący zabójczo, dysponujący przepięknymi stopami multimiliarder) jej klepać po zadnich częściach ciała nie będzie. Nie, żeby było tych opinii wiele, nawet się zdziwiłam...

Sprzedało się to jak świeże bułki. Na Zachodzie, w Europie ogólnie, bo jak się sprzeda u nas, to się zobaczy. Ponoć, wieść gminna, kobiety kupują. Nie tylko kobiety – płeć brzydsza także, co mnie, nie powiem, dziwi. Dziwi nie dlatego, że żaden facet w życiu nawet nie pomyślał, że mógłby swoją damę klepnąć, ale dlatego, że PTG to romansidło i rzeczy ostrzejszych można znaleźć na pęczki. Lepiej napisanych również. Ale – może nie szukają, może się wstydzą, może są jednak tacy wrażliwi. Albo ciekawscy.

Mamy więc fenomen. Z niezłą kampanią marketingową również u nas, bo o RTG pisały na przykład Wysokie Obcasy, e-book był dostępny przed premierą papieru, było głośno. Teraz też się pisze. Głównie źle.

PTG to pierwsza część trylogii sado-maso, a właściwie BDSM (Wikipedia nie gryzie!), która powstała na podstawie „Zmierzchu”. No dobrze, nie do końca na podstawie – autorka najpierw popełniła trochę fanfików, potem uznała, że napisze coś w eroklimacie i powstał z tego bestseller. Jest ona (pierdoła), jest on (tajemniczy, nieprzystępny, śliczny), ona nie może uwierzyć, że on ją chce, on by ją chciał, ale jest zbyt zły, żeby ją chcieć. Minus wampiry, bo wyjdzie wam Meyer. Minus wampiry, plus seks, plus klepanie, plus zasady współżycia domina i uległej. Resztę można sobie dośpiewać – to wszystko o przekraczaniu granic, wzajemnej fascynacji i innych dodatkach do spółkowania. Spółkowanie nie porywa, to znaczy porywa – główną bohaterkę. Ja też bym tak chciała i tylko wątpię w wydolność fizyczną większości przedstawicieli męskiego gatunku. Ale może tak mają tylko młodzi multimilionerzy, żadnego nie spotkałam.

Ad rem. Jest coś, co mnie dziwi.

Popularność książki. Mnie dziwi, że ludzi dziwi, że to popularne. A dlaczego nie? Mamy tu młodą, niewinną, uważającą się za niespecjalnie atrakcyjną, bohaterkę, dziewicę. Mamy charyzmatycznego (przynajmniej w teorii), niedostępnego, tajemniczego faceta z ogromną fortuną. Mamy romans. W trakcie romansu wychodzi na jaw, że on jest po przejściach, ona duszę ma kryształową. Będą się wzajemnie psuć i uzdrawiać, na zmianę. Ona go kocha i nie wie, co go dręczy. On ją kocha i zasuwa na pianinie smętne kawałki (odreagowuje). W międzyczasie, siła chemii, pieprzą się, ile wlezie i ganiają po całym świecie.

Gdyby ten ich seks był normalny, a on był mordercą, nawet seryjnym, to pewnie pies z kulawą nogą by tej książki nie tknął. Ale oto mamy do czynienia z seksem niegrzecznym, tajemniczym, a przez to kuszącym, bo wiadomo, że jak coś jest be, tym bardziej byśmy chcieli. Połączmy sobie ten seks z bajką z poprzedniego akapitu i dostajemy współczesną wersję klasycznej opowieści o księżniczce, co to czekała na księcia. Naprawdę myślicie, że królewicz to śpiącą królewnę pocałował? I tak już? No proszę was... Facet jest wspaniały, każda by takiego chciała, fura kasy, gęba jak z okładki magazynu, goła klata i ten szczery zachwyt na widok wybranki. Plus jakieś niebezpieczeństwo w tle – ten dreszczyk, o którym tak się marzy, a życiu za Boga nie chce. Marketingowcy zrobili swoje – kawa na ławę, wiadomo, co kupujesz. No, chyba, że nie czytasz między wierszami, sorry.

Pojawiają się zarzuty, że grafomańskie toto do imentu. Owszem, nawet bardziej. „Zmierzch” też był grafomański, a w niczym mu to nie przeszkodziło. Faktycznie – co opis, to samo, stopy, włosy, dłonie, nawet przyrodzenie takie, że nic, tylko pomnik stawiać. Tylko zważmy teraz na to, iż raczej nie dla walorów literackich nabywa się książkę o młodej panience, która wkracza w świat zakazanych rozkoszy – chcemy sobie poczytać brzydkie rzeczy, a nie liryczne opisy prącia. I przyznajmy, że jednak nie wszyscy czytelnicy poszukują intelektualnych wzruszeń, niektórzy intelektualnych wzruszeń nie odczuwają bo nie potrafią, bo nikt ich nie nauczył.

Tu drobna wstawka – nie czytałam tłumaczenia, czytałam oryginał. Tłumaczenie przejrzę z ciekawości, nasz język w materii wiadomej kuleje od dawna.

Więc popularność nie dziwi mnie z jeszcze jednego względu. Żeśmy się były wyemancypowały i chwała nam za to. Ale w wielu z nas nadal drzemie ta księżniczka z bajki, co to czeka na księcia, który ją porwie, zdominuje i zaprowadzi na sam szczyt bynajmniej nie siódmej góry. Śnieżka, co w trumnie zaległa, Kopciuszek, co się wrzecionem, Ruszpunki w wieżach i dalej w tę mańkę. Teraz w kinach „Merida Waleczna” i ja sobie tę waleczność chwalę, ale wychowałyśmy się na czym innym. Na leżących trupem pannicach i jurnych, zdecydowanych, pewnych swego przystojnych gościach. Może tak nam zostało. Nie, nie chcemy tego na co dzień, nie chcemy być ubierane, oddawane innych w komplecie z połową królestwa, nie chcemy grzecznie potakiwać... Niechby któryś na nas rękę podniósł, pan i władca, ja bym odgryzła. Obydwie, na zaś. Ale to nie znaczy, że nie chcemy sobie poczytać, że nam to po głowie nie chodzi, że byśmy czasem nie chciały jako te pierdoły dać się zdominować i w byciu zdominowaną znaleźć pewność, że nic nam nie grozi. Tylko śmierć, bo podatki już na innej głowie.

Dodam jeszcze jedno – nie jest pierwsza i nie jest to ostatnia książka, w której pojawia się temat BDSM. Jest to książka dobrze pomyślana od strony promocyjnej i dobrze rozegrana. W środku niczego szokującego nie ma, a i tak niektórzy uważają, że jest. A dlaczego dobrze rozegrana?

Tytuł: „Suka. Pamiętnik masochistki” albo „50 twarzy Greya”. Z czym łatwiej pokazać się w Metrze? Hardkorowy tytuł wymaga hardkorowego czytelnika, hardkorowy czytelnik nie jest czytelnikiem masowym.
Okładka: Zero golizny, krawat. Taka ściema, i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Wystarczy zerknąć sobie na recenzje (od diabła ich) i zdecydować, czy się chce, czy się nie chce. PTG to grafomania w czystej formie, język nieskomplikowany, ilość powtórzeń makabryczna. Bohaterka mało strawna (ktoś zauważył, że na miejscu bohatera też chciałby ją grzmotnąć), bohater śliczny do wyrzygania, zwrotów akcji zero, seks jest, sporo, czy hardkorowy, to już pozostawiam ocenie. Przeczytałam, nie wstydzę się, może przeczytam dwie kolejne, może nie. Zaliczam do kategorii powieści (uhhhhh, przesada z tą powieścią), które można bez bólu poczytać do poduszki. Kopciuszek XXI wieku, kiepsko napisany.

Jeśli ktoś PTG nabędzie zwiedziony moim paplaniem, niech wie, że bez żalu porzucałam je dla innych rozrywek, ale i bez żalu wracałam do lektury, gdy lało.

A gdy tak sobie grzebałam po sieci w poszukiwaniu recenzji, trafiłam na perełkę na Merlinie:
Przeczytałam wszystkie 3 części w oryginale i nie polecam.

10 komentarzy:

  1. Jak zwykle czyta się Twoje recenzje z przyjemnością. Odzywaj się częściej!

    OdpowiedzUsuń
  2. pewnie przeczytam, głównie z ciekawości na czym polega fenomen tej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. co do popularności - chcemy sobie poczytać niegrzeczne rzeczy, w porządku. tylko żeby mieć z tego jakąkolwiek frajdę, lepiej nie sięgać po "50...", bo czy opis krok po kroku co jest rozpinane, wkładane i klepane, przyprawia o dreszczyk czy rumieńce? bardzo rozczarowała mnie ta książka. spotkałam wiele tekstów, które w treści były znacznie mniej dosadne, ale o wiele bardziej niegrzeczne...

    OdpowiedzUsuń
  4. przeczytalam 2 czesci plus dotyk crossa...moze nie sa napisane wybitnie, ale dobrze relaksuja w zimne deszczowe wieczory :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Z przyjemnością dodaje do obserwowanych, bo tak trafnej recenzji (a mam porównanie, bo czytałam PTG) dawno nie czytałam :)
    p.s ja też kilka razy miałam ochotę ją grzmotnąć (w sensie uderzyć)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdyby ona dominowała jego, przeczytałabym.
    Jestem ostatnią laską którą można nazwać pruderyjną, ale jak ostre pieprzenie (czy BDSM) to dla mnie raczej w odwrotnej kombinacji.
    A recenzja pozytywnie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie książka jest rewelacyjna przeczytałam ja w 2 dni...bardzo ekscytująca..opisy czynności seksualnych są dosłowne co sprawia,że jest jeszcze bardziej interesująca :) boska boska boska !!!!!!!!!!!
    Polecam wszystkim :)

    OdpowiedzUsuń
  8. "Facet jest wspaniały, każda by takiego chciała, fura kasy, gęba jak z okładki magazynu, goła klata i ten szczery zachwyt na widok wybranki."
    Em, nie, nie każda. A lesbijki to już na pewno nie. I aseksualne panie. Poza tym, Grey to psychopata (nie chodzi o BDSM, chodzi o stalking i smaganie pejczem brzucha ciężarnej w ostatniej części).
    Tak BTW: jaki Kopciuszek i jakie wrzeciono? Kopciuszek to laska od bucika, a nie od wiecznego snu. Ta druga z resztą w oryginale została przez swego księżula zgwałcona, urodziła mu dzieci i obudziła się, gdy te zaczęły ją gryźć.

    OdpowiedzUsuń