wtorek, 16 listopada 2010

W hołdzie Sienkiewiczowi - Wilczy miot

Najnowsza spiskowa teoria dla wielbicieli facetów w długich szatach, zakonników znaczy. Tym razem winni są nie Różókrzyżowcy, nie Templariusze, ale nasi, jakże swojscy, Krzyżacy, których nam wsadził jeden książę Mazowiecki. Wiecie, co zrobili Krzyżacy? Jakich zbrodni się dopuścili? Poza tymi opisanymi przez Sienkiewicza (Jurand i te sprawy) w wiekopomnej powieści, nad którą cierpią kolejne pokolenia uczniów?

Krzyżacy wyhodowali wilkołaki i użyli ich jako broni przeciwko niewiernym. Za wyjątkowymi okrucieństwami i wymordowaniem mieszkańców Mejdanu stanął zaś sam komtur krajowy Erhard, który rękami, czy też raczej łapami Lilii, wielu życia pozbawił, o! Brzmi kretyńsko? Wilkołaki w Malborku? Wilkołaki w Piszu?

Niech sobie brzmi, książka jest fajna.



Wydał toto dzieło Prószyński ze spółką pod sztandarem Nowej Fantastyki. Nowa seria znaczy - z rekomendacją. Poszli chłopcy po rozum do głowy, skoro mają miesięcznik zajmujący się fantastyką i od lat w miarę opiniotwórczy, czemu by nie skorzystać i nie wydawać powieści pod egidą NF. Co z tego wyjdzie, to się jeszcze okaże, na razie wychodzą cuda pokroju potworów w Malborku.

Nie kupiłabym tej książki, gdyby nie bezpośrednia rekomendacja, bo...
- mariaż Krzyżaków z wilkołakami jednak (dla mnie) pachnie niespecjalnie;
- okładka jest wprost upiorna, a baba na niej brzydka tak, że graficzce oberwałabym jakąś kończynę (to tańsze niż wysłanie jej na studia z ludzkiej anatomii);
- skład typowy-typowy, choć stron pod 400, światła tyle, że bije po oczach, a literki jak stado wołów;
- stosowna cena - 35 zł za jeden wieczór lektury (chyba, że ktoś się będzie guzdrał, to wtedy dwa wieczory);
- wystarczy?

No ale dostałam rekomendację, a na tylnej okładce przeczytałam kolejną, tym razem George'a Martina. Niech już będzie - Martina bardzo cenię, od czasu do czasu mogę się na konkurencję wyżyłować. Nie żałuje.
Książka jest prosta i opowiada o Lilii, wilkołaczej pannicy, która w służbie Bogu popełniła tyle zła, że wystarczyłoby z nawiązką dla całej bandy zwyrodnialców; o jej panu i przewodniku, komturze krajowym oraz Ulfiem, młodym, jednorękim mężczyźnie, który Lilię, nie wiedząc, kim jest, z dobroci serca uratuje. Zwrotów akcji tyle tu, co kot napłakał, opisów przyrody nie uświadczymy, jest za to kilka trafnych dialogów i jakiś zamysł autorski, który sprawia, że "Wilczy miot" czyta się trochę jak baśń, trochę jak krwawą legendę, a trochę jak przypowieść o miłości, winie, karze i przebaczeniu.
Żal tylko, że polecany przez Martina autor nie ma tyle zacięcia, co monsieur Goerge R. R., bo książka jest zwyczajnie - przykrótka. A szkoda, materiału jest w niej na więcej - więcej dialogów, pogłębienie postaci bohaterów, przybliżenie historii Lilii. Szczęśliwie będą kolejne dwa tomy. Też sobie kupię, a co?

Resume: można kupić dziecku 14+ na mikołajki i potraktować jak wprawkę przed "Krzyżakami" ;-) W końcu i tu goście w białych płaszczach i tam goście w białych płaszczach... I tu romans, i tam romans. I tylko nagich mieczy nie uświadczysz. Nagie są różne części ciała, ale niezbyt nachalnie. Można kupić na mikołajki sobie i wreszcie przeczytać coś bezpretensjonalnego z w miarę pozytywnym, choć nie cukierkowym zakończeniem.

---

Dopiero po nabyciu "Wilczego miotu" zorientowałam się, że chyba dziecinnieję, bo wśród patronów medialnych tytułu jest "Bravo". Ach, to by wskazywało, że to książka dla młodszej młodzieży, a nie starsiejszych bab (wybrakowanych singli, jak ostatnio ustaliłam). Najpierw się obruszyłam, bo sporo w powieści krwawych i okrutnych scen (z gwałtem włącznie), ale potem machnęłam ręką. Lepsze fruwające kończyny niż pokaźne atrybuty dowolnie wybranej pop-gwiazdki.

sobota, 13 listopada 2010

Nie ma dla mnie nadziei - Singielka w wielkim mieście

No wiecie... Tak czasem bywa, że wypożycza się książkę z zamiarem czytania jej do poduchy ku pokrzepieniu serca, a wychodzi z tego jedna wielka chała. Podejrzewam, że chał tym więcej, im więcej książek się przerabia, więc poniekąd sama sobie jestem winna.



O, przeczytam sobie coś babskiego, dla odmiany od seryjnych morderców, zamachowców, wampirów i upadłych aniołów. Zabawne to ponoć, jak przekonuje tekst z okładki, stworzone przez babkę zamieszaną w produkcję "Seksu w wielkim mieście", więc na pewno obędzie się bez umoralniających pogadanek. A poza tym, nie ukrywajmy, jestem singielką. Mieszkam w wielkim (na nasze krajowe standardy) mieście*, jestem więc jak najbardziej odpowiednią czytelniczką. Dodatkowy smaczek - główna bohaterka pracuje w branży wydawniczej.

Główna bohaterka pracuje w branży wydawniczej. I jest sama. Na tym podobieństwa się kończą, bo, po pierwsze primo, branża wydawnicza w Stanach różni się od tej naszej, a po drugie Nowy Jork to jednak nie Warszawa, nie? Nie poszła mi identyfikacja z tą pierwszą i najważniejszą? Trudno, do wyboru mam jeszcze kilka samotnych bab. Jedną świeżo rozwiedzioną, którą mąż puścił w trąbę z brazylijską tancerką; jedną nawiedzoną wegetariankę, jedną pogrążoną w depresji eks-właścicielkę kota i jedną eks-prawniczkę, aktualnie na tropie tego jedynego. Wszystkie pragną szczęścia, wszystkie posuwają do ciężkich idiotyzmów, żeby to szczęście wreszcie ucapić. Najdalej posuwa się Julie (oczywiście znowu musiałam grzebać po sieci za imieniem, bo przez tydzień kompletnie zapomniałam), która rzuca aktualne zajęcie i postanawia napisać książkę. O singielkach w różnych krajach. Jej szefowa przełyka jakoś pomysł, więc Julie, z biurowej wyrobniczki, przeistacza się w przyszłą pisarkę i, z otwartym biletem, rusza na podbój świata. To się nazywa risercz.

Wtręt - strasznie bym chciała mieć tyle forsy, żeby sobie zafundować taki risercz. Już sama możliwość podróżowania po świecie, tarzania się w hotelach i poznawania nowych ludzi powinna człowieka uszczęśliwiać. Amen.


Julie odwiedza więc po kolei Francję, Włochy, Brazylię, Szwecję, Indie (pewnie coś pominęłam), spotyka kolejne samotne kobiety, a tymczasem jej przyjaciółki usiłują sobie jakoś radzić w problemami. A z jakimi problemami radzi sobie czytelnik?

Czytelnik musi poradzić sobie z:
- zazdrością, że Julie popyla po całym świecie, ma romans z przystojnym Francuzem, mieszka w luksusowych hotelach i ma monopol na prawdę (tak by wychodziło z jej monologów);
- irytacją, że reszta bab zachowuje się, jakby była niespełna rozumu - autorka z lubością przejaskrawia różne odpały, co nie bardzo trzyma się kupy w zestawieniu z pełnymi zadęcia wyjaśnieniami narratorki, Julie;
- przydługimi dywagacjami na temat sensu tego, czy tamtego;
- wnioskami, które są dość upiorne.

Wnioski, tak na już, po odłożeniu książki, nasuwają się dwa:
- każda singielka marzy o tym, żeby nie być singielką i, choćby stanęła na rzęsach, póki chłopa nie znajdzie, szczęśliwa nie będzie;
- kiedy masz depresję, idź do psychiatry i łykaj pigułki, nie ma się czego wstydzić.

Z wnioskiem drugim się zgadzam, pierwszy budzi moje wątpliwości, bo naprawdę żywię głębokie przekonanie, że niektórzy ludzie odczuwają satysfakcję z, dajmy na to, pracy zawodowej. Ale może się mylę. Może za kilka lat ja również kompletnie sfiksuję i zacznę myśleć wyłącznie o tym, że JESTEM SAMA. Brrrrrr.

Resume, żeby nie było, ze znowu nie ma: można przeczytać, choćby dla kilku społecznych obserwacji, ale ani to specjalnie dowcipne, ani mądre. Napisane tak, że nie stawia oporu. BTW, szczerze żałuję, że Julie nie zawitała do Polski, bo chętnie przeczytałabym o tym, jak sobie radzą baby w naszym kraju. Pewnie wtedy książka byłaby zabawniejsza.

Aha, nie mam złudzeń, w porównaniu z przeciętnym romansidłem, to jest arcydzieło!

*Tak naprawdę mieszkam POD wielkim miastem, w starym PGR, więc może nie jestem tak do końca targetem i smętne, zarośnięte chaszczami pole, które widzę z okna, przesłania mi jedyny właściwy punkt widzenia.

wtorek, 2 listopada 2010

Cala prawda, święta prawda i g*** prawda.

W ostatniej analizie GFK dla naszego kochanego największego sprzedawcy książek w Polsce wyszło, że jedynie jakiś nikły procent czytelników ocenia książkę na podstawie okładki. Kazał kolega te badania przejrzeć, to przejrzałam. I postukałam się w głowę.

Nie ocenia się książki po okładce, nie? Po wejściu do księgarni zamykamy wszyscy oczy i staramy się nie widzieć tych pierwszych stron... Ludzie, litości. Respondenci łgali jak najęci, co by wypaść na bardziej inteligentnych, bo lepiej powiedzieć, że tematyka, autor, zainteresowania, niż kapitalna grafika. A ja i tak wiem swoje. O.

Wiem na przykład, że okładka jest integralną częścią książki - jak tytuł. Dotyczy to zwłaszcza książek dla mniej wyrobionego, z całym szacunkiem, czytelnika, czyli tzw. młodzieżówki. Po okładce oceniamy, w ułamku sekundy, czy książka w ogóle może nas zainteresować. To tak jak z reklamą - ledwie mgnienie oka trwa podświadoma ocena graficznego przekazu (tak mi powiedzieli na kursie, a ja się z grafikami nie będę brać za łby), podoba się, albo się nie podoba.
Albo trzecia opcja - jest tak fantastycznie szkaradne, ze aż muszę pomacać.

Mniejsza. Okładka ważną rzeczą jest i nie ma co się tego wstydzić.
Przykład? Idzie nastolatka do księgarni i ma do wyboru:



Albo:



Szybka ocena, dla osoby w jakim wieku jest książka "Danina"? Dwanaście? Dziesięć? A "Tithe"? No chyba dla starszej... A to jest ta sama książka w oryginalnym i polskim wydaniu. Zgłupieć można, prawda?

Oczywiście do dzisiaj powstały za granicą przynajmniej kolejne dwa wydania z różną szatą graficzną, ale żadna z nich nie jest tak porażająca, jak nasza ;-) Nie mogę się doszukać, czy ukazała się po polsku trzecia część tej luźnej serii - "Ironside". Może i nie, a szkoda. Chciałabym zobaczyć, bo jeden z "oryginałów" wygląda tak:



A teraz wszyscy zestawiamy sobie "Ironside" z "Daniną" i powtarzamy głośno: nieeeee, nigdy nie oceniam książki po okładce!

Lokomotywa z problemami emocjonalnymi - "Zamachowiec"

Zasypało nas nie tylko wampirami i nieumarłymi wszelkiej maści, ale również literaturą pełną złamanych pierwszo i drugoplanowych bohaterów, którym w życiu coś nie wyszło i którzy, zrządzenie losu stali się tym, kim się stali. Modę zapoczątkował, jak mniemam, Larsson ze swoim „Millenium”, a teraz mamy multum powieści „całkiem jak ‘Millenium’”, „lepszych niż „Millenium’”, i tak dalej...



Porównanie nie bez sensu, bo „Zamachowiec” Marklund również ociera się o środowisko dziennikarskie, a główny jego bohater jest pismakiem. Annika jednakowoż, inaczej niż bohater Larssona, nie zajmuje się dziennikarstwem ekonomicznym, ale szefuje działowi kryminalnemu dziennika. I jak to z dziennikarzem-bohaterem bywa, pakuje się w środek afery. Tym razem zaczyna się od wybuchu na stadionie olimpijskim, w którym ginie jedna z najbardziej wpływowych kobiet w Szwecji, Christiana Furhage – anioł wcielony, wzór cnót i godny naśladowania archetyp. Dlaczego? Co robiła Christina w środku nocy na stadionie i kto zafundował jej ćwiartowanie za pomocą sporego ładunku dynamitu?

„Zamachowiec” nie koncentruje się na poszukiwaniu mordercy, ale na przedstawieniu pracy redakcji tabloidu, która żyje takimi wydarzeniami, jak opisane powyżej. Annika nie jest detektywem i choć życzyłaby sobie znać prawdę na temat okoliczności zgonu Furhage, to jednak pierwszym jej celem jest zbieranie materiału i podbijanie nakładu gazety. Ciekawa perspektywa, nieco odmienna niż w klasycznej powieści kryminalnej. Książkę można podzielić z grubsza na trzy części – mamy w miarę dokładny opis funkcjonowania dziennika, trochę o życiu prywatnym bohaterki, trochę o toczącym się śledztwie. Nacisk położony na gazetę.

Książka jest niezła, choć nie powala na kolana. Czytając, miałam skojarzenia z „Lokomotywą” Tuwima. Kojarzycie? Rusza machina po szynach ospale... Ale może to wyłącznie moje zastrzeżenie? Sama intryga jest ciekawie skonstruowana, tytułowy zamachowiec da się jakoś przełknąć, i odbiorca raczej nie puka się w głowę, czytając jego dziwne wynurzenia. „Ten dom ze mną rozmawia” – piękne, choć skłania do refleksji nad prenumeratorami magazynów poświęconych budowlance i wystrojowi wnętrz.

Interesująco wypada postać pierwszej ofiary, samej Furhage, choć motyw obdzierania bóstw z pozłoty powoli zaczyna mi się przejadać. Już niejako automatem zakładam, że gdy w książce ginie ktoś, kto był symbolem i chodzącym ideałem, pod koniec okaże się, że tak naprawdę pod szykowną koafiurą skrywał rogi. Fe. Stosunkowo najsłabiej, w mojej opinii, nakreślony jest wątek prywatny, sprowadzony właściwie do formy kilku krótkich interludiów – zbliża się Wigilia, Annika nie ma czasu, Annika nawala, Annika krzyczy na dzieci, Annika piecze pierniczki. Mało mi tego, a i samej Annice przydałby się jakiś mocniejszy rys charakteru.

Resume? Warto przeczytać – „Zamachowiec” w ciekawy sposób przedstawia pracę redakcji gazety codziennej i tego, do czego posuwają się reporterzy, by tylko zdobyć soczysty kawałek. Warto przeczytać, ale nie ma co liczyć na to, że któryś z bohaterów na długo zostanie w pamięci.
Aha, to nie jest napisana na kolanie świeżynka pod publiczkę - książkę wydano po raz pierwszy w 1998 roku, a u nas miała premierę jako "Rewanż" w 2002. Teraz mamy 2010 i Czarna Owca odgrzewa nam kotlety. Ten jest niezły.



Łał, i pomyśleć, że to ta sama książka...

piątek, 29 października 2010

Siła przyciągania - "Grawitacja"

Siła przyciągania – „Grawitacja”

Boże błogosław Gerritsen za to, że twardo nie umieszcza w swoich książkach wątków metafizycznych i nie wykonuje wolt w stylu Michaela Palmera, którego chwilami w ogóle nie da się czytać. O Cooku nie wspomnę. Amen.



Powinnam może napisać o „Mumii”, a nie o książce, która, nie dość, że ukazała się kilka lat temu, to na dodatek jest trudno dostępna, ale „Mumia” wyszła w tak fatalnym tłumaczeniu, że wolę uczcić ją chwilą milczenia. Ciężkiego – pana Z. K. najchętniej bym ubiła. Ad rem. „Grawitację” przeczytałam sobie właśnie po raz drugi i przez kilka lat niczego ze swego czaru nie straciła. Tytułem wyjaśnienia jest to thriller medyczny rozgrywający się na pokładzie stacji kosmicznej, hen, hen, ponad powierzchnią ziemi. Oraz, częściowo, w siedzibie NASA. O co biega? Ano o dziwną chorobę, która wybija jednego po drugim międzynarodową obsadę stacji. Zaczyna się niewinnie – od niewyjaśnionej plagi dotykającej doświadczalne myszy (piękna scenka, gdy zawieszony w stanie nieważkości gryzoń wysuwa język, by schwycić kropelkę unoszącej się cieczy), kończy na regularnej jatce i trepanacji jednej, rokującej nadzieje, czaszki.

Mamy dwoje bohaterów przygotowujących się do rozwodu, choć wciąż nie przestali się kochać, mamy wojskowy eksperyment i badania pradawnych archaeonów... Ale nade wszystko mamy sensowną, napisaną w zgrabny sposób, trzymającą w napięciu historię, której klimat przypomina miejscami „Obcego – Ósmego pasażera Nostromo”. Tym razem pasażerem jest Chimera. Mamy klimat odciętego od świata zewnętrznego miejsca, zamkniętej, ograniczonej przestrzeni i paraliżującego lęku. I to się trzyma kupy, co ostatnio zdarza się rzadko.

Polecam nie tylko miłośnikom thrillerów medycznych i powieści sci-fi (trochę sci-fi w „Grawitacji” jest, ale Chimera, choć zdecydowanie obca, nie biega i nie wymachuje mieczem świetlnym), ale również tym wszystkim, którzy mają ochotę rozerwać się przy powieści sensacyjnej i nie czują oporów przed czytaniem obrzydliwych opisów. Mnie to, co za wstyd, nie rusza. „Grawitację” czytałam przy kolacji i bardziej niż wyobrażenie puchnących zwłok, przeszkadzał mi format książki – pocket. Takie małe coś, co kosztuje mniej i ma przykry zwyczaj samo się zamykać, gdy się je rozłoży na kolanach pod michą sałatki.

Znacie jakąś inną powieść, w której jest opis operacji przeprowadzanej w stanie nieważkości?

wtorek, 26 października 2010

Creme de la creme - propozycje wydawnicze

Uwielbiam czytać propozycje wydawnicze - zwłaszcza opisy projektów, które właśnie się tworzą, jeszcze nie zostały wydane, ale jak już zostaną wydane, na mur i beton staną się bestsellerami, które na zawsze zmienią obraz literatury. Pomijam tutaj nawiedzonych pisarzy, którzy popełnili właśnie dzieło życia i pałają dziką chęcią podzielenia się nim z resztą ludzkości, choć te, rzecz oczywista, również bywają porażająco zabawne.

Siedzę i rechoczę, bo przypomniałam sobie o jednej takiej powieści, co to ma być. Na fali nieumarłych. Uwielbiam nieumarłych, dobrze się sprzedają. A dlaczego tak mi wesoło? Mamy legion wampirów, mamy również wilkołaki, duchy i wszystkie odmiany dusz przeklętych. Plus upadłe anioły. Powoli kończy się atrakcyjne potwory...
Więc dawaj! Neogotycki, wiktoriański, zapierający dech w piersiach, postapokaliptyczny romans niewinnej dziewicy i zombie. Serio. Zbaraniałam, bo zombie kojarzy mi się z nieświeżym zewłokiem, któremu co i rusz coś tam odpada i w charakterze amanta jakoś nigdy go sobie nie wyobrażałam.
Jak to się robi z zombie? - zapytała równie skołowana szefowa.
No właśnie, jak to się robi z zombie? Najpierw przekonają się czytelnicy za wielką wodą, a potem pewnie i my, tuziemcy. Na razie moja wyobraźnia spasowała, odmówiła współpracy i, gdy ją naciskam, galopuje w stronę groteski.
No bo jak to się robi z zombie? Poza tym, że raczej ostrożnie?
Brrr...

Ale, jak mniemam, i tak będzie większym hitem niż gotowa do wydania powieść dla dzieci, której bohaterami są różne produkty spożywcze ze szczególnym uwzględnieniem serów pleśniowych. Cudo.

poniedziałek, 25 października 2010

Zamiast Parandowskiego - "Rozkosze nocy"

Kolejna książka sponsorowana przez nastoletnie miłośniczki wampirów, które przepuszczają fortunę na coraz gorsze powieści o nieumarłych przystojniakach. Gdyby nie koniunktura, nikt by tego nie pisał i nie wydawał... Mniam. Wspaniałe, żeby się odmóżdżyć, pomyślałam, złakniona sążnistych opisów seksualnych doznań. A tak, właśnie seksualnych doznań. Pikantne sceny. Tęsknota. Takie tam. Czasem jestem głupia baba i lubię się zwinąć na kanapie z jakimś kretyńskim romansem. To moje „M jak miłość” i „Plebania” w jednym.



O czym traktuje fabuła? Otóż pewnego dnia piękna Amanda, zadeklarowana miłośniczka prozaicznego, pozbawionego wątków paranormalnych życia, budzi się przykuta kajdanami Zeusa do blondwłosego bóstwa w skórzanym płaszczu. Czując przylegające do swego ciała boskie ciało nieznajomego, czując smukłe mięśnie ramion i twardy, jak w marmurze ciosany, brzuch, odczuwa niepokojące pożądanie - pożądanie które będzie narastać przez kolejnych sto stron. Obustronnie, jak się okaże i wreszcie skutecznie. Ba, niebawem wyjdzie na jaw, że jedynie dzięki pożądaniu wspaniałemu bohaterowi, niegdysiejszemu generałowi starożytnej armii, uda się przetrwać. I pokonać złego demona Desideriusa.

Łał. Jak to dobrze, że są na świecie dobrzy ludzie, którzy pożyczają mi takie książki, dzięki czemu nie muszę ich (książek, nie ludzi) kupować i nie mam potem kaca moralnego z powodu wydania ponad trzech dych na... Mitologię w nowej wersji? Beletrystyczne opracowanie rozważań profesora Lwa-Starowicza? Papier toaletowy? Nie, na papier to się nie nadaje – za sztywne.

Jeśli chcecie zobaczyć, jak twórczo można rozwinąć wątki z mitologii greckiej i macie do zmarnowania parę godzin – darujcie sobie tę książkę. Jeśli lubicie czytać o honorowym poświęceniu* przystojnych, posągowych mężczyzn w skórzanych portkach i ciemnych okularach – darujcie sobie tę książkę. Jeśli macie fazę na jeszcze jednego wampira z problemami emocjonalnymi – darujcie sobie tę książkę. Jeśli naszła was chęć na coś lekko erotycznego – darujcie sobie tę książkę...

Jeśli chcecie przeczytać o dawnym generale, który poświęcił się dla miłości i zmartwychwstał dzięki greckim bóstwom jako mściciel, który nosi czarny płaszcz, jeździ Ferrari i nieustająco ma problem z wybrzuszeniem w spodniach, a także jesteście gotowi na dziesięć kapka w kapkę podobnych scen erotycznych z sutkami w roli głównej i chcecie się dowiedzieć, jak reagują wampiry na bitą śmietanę, jak również nie straszne wam moralne i emocjonalne dywagacje na poziomie intelektualnym dżdżownicy – rozważcie, czy nie wypożyczyć sobie tej książki. Ale nie kupujcie. Kupcie, jeśli kochacie wydawnictwo MAG i bardzo chcecie zasilić je finansowo. Innego powodu nie widzę.

Książka jest nudna i to jej główna wada. Z powieści Hamilton przynajmniej można się pośmiać, nawet gdy autorka pisze o gościach w przejrzystych koszulach. Ale Kenyon? Kenyon jest tak strasznie na serio, że nie idzie bez ziewania strawić kolejnego opisu bicepsów, tricepsów, tyłka i gładkiej skóry, zwłaszcza, ze język jest siermiężny, a przekład niestaranny. Och, są momenty zabawne – nawet całkiem sporo, problem w tym, że czytelnik śmieje się niekoniecznie w tych momentach, w których powinien i raczej z bohaterów, niż z bohaterami. Jak, na litość boską, można nie rechotać, czytając piętnasty nadęty opis jego dziwnie smutnych, kryjących jakiś pradawny ból, oczu?!

* SPOJLER: on naprawdę się poświęca, zrozumcie; jeśli dojdzie, straci moc. Więc nie dochodzi. Bohatersko. Raz po raz. A potem patrzy na nią i cierpi... Zgroza.