Pokazywanie postów oznaczonych etykietą varia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą varia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Z ostataniej chwili

Nie mogę się doczekać, aż ktoś u nas wyda thriller o zombie, które są personifikacją kapitalizmu. O tak, wieje świeżością...

wtorek, 2 listopada 2010

Cala prawda, święta prawda i g*** prawda.

W ostatniej analizie GFK dla naszego kochanego największego sprzedawcy książek w Polsce wyszło, że jedynie jakiś nikły procent czytelników ocenia książkę na podstawie okładki. Kazał kolega te badania przejrzeć, to przejrzałam. I postukałam się w głowę.

Nie ocenia się książki po okładce, nie? Po wejściu do księgarni zamykamy wszyscy oczy i staramy się nie widzieć tych pierwszych stron... Ludzie, litości. Respondenci łgali jak najęci, co by wypaść na bardziej inteligentnych, bo lepiej powiedzieć, że tematyka, autor, zainteresowania, niż kapitalna grafika. A ja i tak wiem swoje. O.

Wiem na przykład, że okładka jest integralną częścią książki - jak tytuł. Dotyczy to zwłaszcza książek dla mniej wyrobionego, z całym szacunkiem, czytelnika, czyli tzw. młodzieżówki. Po okładce oceniamy, w ułamku sekundy, czy książka w ogóle może nas zainteresować. To tak jak z reklamą - ledwie mgnienie oka trwa podświadoma ocena graficznego przekazu (tak mi powiedzieli na kursie, a ja się z grafikami nie będę brać za łby), podoba się, albo się nie podoba.
Albo trzecia opcja - jest tak fantastycznie szkaradne, ze aż muszę pomacać.

Mniejsza. Okładka ważną rzeczą jest i nie ma co się tego wstydzić.
Przykład? Idzie nastolatka do księgarni i ma do wyboru:



Albo:



Szybka ocena, dla osoby w jakim wieku jest książka "Danina"? Dwanaście? Dziesięć? A "Tithe"? No chyba dla starszej... A to jest ta sama książka w oryginalnym i polskim wydaniu. Zgłupieć można, prawda?

Oczywiście do dzisiaj powstały za granicą przynajmniej kolejne dwa wydania z różną szatą graficzną, ale żadna z nich nie jest tak porażająca, jak nasza ;-) Nie mogę się doszukać, czy ukazała się po polsku trzecia część tej luźnej serii - "Ironside". Może i nie, a szkoda. Chciałabym zobaczyć, bo jeden z "oryginałów" wygląda tak:



A teraz wszyscy zestawiamy sobie "Ironside" z "Daniną" i powtarzamy głośno: nieeeee, nigdy nie oceniam książki po okładce!

wtorek, 26 października 2010

Creme de la creme - propozycje wydawnicze

Uwielbiam czytać propozycje wydawnicze - zwłaszcza opisy projektów, które właśnie się tworzą, jeszcze nie zostały wydane, ale jak już zostaną wydane, na mur i beton staną się bestsellerami, które na zawsze zmienią obraz literatury. Pomijam tutaj nawiedzonych pisarzy, którzy popełnili właśnie dzieło życia i pałają dziką chęcią podzielenia się nim z resztą ludzkości, choć te, rzecz oczywista, również bywają porażająco zabawne.

Siedzę i rechoczę, bo przypomniałam sobie o jednej takiej powieści, co to ma być. Na fali nieumarłych. Uwielbiam nieumarłych, dobrze się sprzedają. A dlaczego tak mi wesoło? Mamy legion wampirów, mamy również wilkołaki, duchy i wszystkie odmiany dusz przeklętych. Plus upadłe anioły. Powoli kończy się atrakcyjne potwory...
Więc dawaj! Neogotycki, wiktoriański, zapierający dech w piersiach, postapokaliptyczny romans niewinnej dziewicy i zombie. Serio. Zbaraniałam, bo zombie kojarzy mi się z nieświeżym zewłokiem, któremu co i rusz coś tam odpada i w charakterze amanta jakoś nigdy go sobie nie wyobrażałam.
Jak to się robi z zombie? - zapytała równie skołowana szefowa.
No właśnie, jak to się robi z zombie? Najpierw przekonają się czytelnicy za wielką wodą, a potem pewnie i my, tuziemcy. Na razie moja wyobraźnia spasowała, odmówiła współpracy i, gdy ją naciskam, galopuje w stronę groteski.
No bo jak to się robi z zombie? Poza tym, że raczej ostrożnie?
Brrr...

Ale, jak mniemam, i tak będzie większym hitem niż gotowa do wydania powieść dla dzieci, której bohaterami są różne produkty spożywcze ze szczególnym uwzględnieniem serów pleśniowych. Cudo.

środa, 21 lipca 2010

Mierzyć siły na zamiary...

O tak, mam zamiar wrócić do wywnętrzania się w Badziewiarce, bo czytać nie przestałam. Pochłaniam książki, jak niektórzy ciasteczka - nim się obejrzę, pudełko puste, a na żołądku podejrzanie ciężko. Tylko do pisania nie mam serca, prawdopodobnie dlatego, że dużo piszę niejako zawodowo i gdzieś w okolicach streszczenia dziesiątego tytułu i pracy nad kolejną prezentacją dla Empiku, klawiatura zaczyna wywoływać u mnie odruch wymiotny...

Ale zaraz się zbiorę, choćby i dla siebie samej, co by mieć jakąś listę rzeczy, które pochłonęłam. Umykają z mojej pamięci dwa dni po zakończeniu lektury, gdy tylko ciskam gdzieś tomik, co by mi nie zawalał i tak zawalonego do granic możliwości, mieszkania.

W chwili obecnej wciąż jeszcze nie wcisnęłam na półkę książek Brenta Weeksa, pokuszę się więc może o kilka słów na jego temat. Chyba warto dorzucić swoje trzy grosze do ogólnych zachwytów nad serią Nocnego Anioła.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

A co TY jesz na śniadanie?

Obśmiałam się wczoraj, jak norka. Nie wiem co prawda, czy norki rzeczywiście parskają z radości, ale mniejsza o to. Kolejna książka (i tak nie opisuję wszystkiego, co czytam, bo nie bardzo się wyrabiam), kolejna porcja radości. Regularna recenzja będzie później, dziś tylko przedsmak redakcyjno-korektorskiego horroru...

"Obok siebie żyli radykalni bojownicy nieskażonej natury, którzy na śniadanie spożywali drwali, bardziej umiarkowani miłośnicy królików, hippisi gotowi obściskiwać wszystkich i wszystko, a także najróżniejsi twórcy kultury i kontrkultury..."

Biedni drwale.

A może przepis? Drwal saute? Drwal w sosie słodko-kwaśnym? Czy też, żeby pozostać w klimacie książki, Drwal Barbecue. Koniecznie z żurawiną. Tak bardziej poważnie, autorowi chodziło zapewne o klasyczne, ciężkie i obfite w kalorie śniadanko, które możecie sobie wyguglać (i zrobić, o ile ktoś ma w planach 12 godzin przy kopaniu rowów), tłumacz zaś pojechał równo automatem. Redaktor spał.

Książki to źródło radości, prawda? :) Z niecierpliwości oczekuję kolejnych objawień, bo powieść mogłaby wystartować w konkursie na najgorzej zredagowaną książkę...

czwartek, 8 kwietnia 2010

Ku pamięci - żabia polityka wydawnicza (ŻPW)

Siedzę i dumam. Z dumania nic nie wyniknie, tego jestem pewna, ale... Zastanawiam się nad tym, co, kiedy i w jakiej kolejności się ukaże. Wnioski? Prowadzimy żabią politykę wydawniczą.

Badziewiarka przedstawia

ŻABIA POLITYKA WYDAWNICZA
Dramatis personae: Product Manager (z Bożej łaski) oraz Zainteresowany Redaktor (z powołania)

Zainteresowany Redaktor: O fanie, mogę Wam dać newsa o tej książce.
Product Manager: To daj, będę wdzięczna.
Zainteresowany Redaktor: A kiedy się ukaże?
Product Manager: O ile mi wiadomo, jeszcze w kwietniu. Ale możliwe, że przeskoczy na maj.

Rechot publiczności.
Kurtyna.


PS. Żaba na wiosnę to nawet tematycznie...

Książki, które znikają – „Trudna obietnica”

„Trudna obietnica” – porządna powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, wieloaspektowa, z ciekawymi bohaterami i sensownie zarysowanym tłem. Młoda, aktywna zawodowo kobieta, której młodsza siostra ginie w wypadku, wypełnia dane kiedyś przyrzeczenie – wraca do domu, by zaopiekować się dwojgiem osieroconych dzieci. Z wielkiego, tętniącego życiem miasta, do małej pipidówy, z wygodnego, urządzonego pod siebie mieszkania, do domu mających własne problemy rodziców. Nie jest lekko, bywa zabawnie i wzruszająco. Satysfakcja z lektury i dobry nastrój gwarantowane. Do tego brak ryzyka, że czytelniczka poczuje się jak idiotka.

Gdzie można nabyć? Gdzieś na taniej książce…



Nie przestaje mnie zdumiewać, ze niektóre książki po prostu nie zaskakują. Może powinnam zaznaczyć na wstępie, że będzie o książce, do której mam prywatno-zawodowy, jasno sprecyzowany stosunek. Z książką wiązały się wielkie nadzieje, bo znana za granicą, poczytna autorka, bo tytuł niegłupi, bo dobry na start – na pewno się spodoba. Komu? Babom.

I co?

I chała. Krytyki nie było, kto nabył i przeczytał, ten nie szczędził pochwał. Że ciekawe, że wciąga, że dobrze skonstruowane postaci, że „nareszcie coś na poziomie” i do poduszki jednocześnie. Przeczytała moja ciotka, która książek nawet kijem niekoniecznie, przyleciała po następną. Przeczytała żona jakiejś szychy – o rany, kiedy będzie następna? Szefowa G., która, dla odmiany, lubuje się w cegłach pokroju biografii Mao, również była kontent. I jeszcze jedna ciotka, taka od Egiptu. Cud, miód, orzeszki.

No co, taka fatalna okładka?

Nie, chyba niekoniecznie. Duże nazwisko (bo miało się przebić), jasne tło (żeby powieść nie zginęła na półce)… Recenzje były. A jakże. W „Polsce”, w „Tele Tygodniu” (Pani Redaktor książką była usatysfakcjonowana), na portalach internetowych, na babskich portalach, w gazetach regionalnych. Może powinni mnie wylać, bo, jako „ta od promocji” rozkładam ręce. Erica James jest mniej więcej sto razy lepsza od Nicholasa Sparksa i Nory Roberts – tylko jakoś nie chwyta. Może za gruba? Cegła. Może za droga? Prawie cztery dychy (kiedyś napiszę, dlaczego niektóre książki są tak koszmarnie drogie i dlaczego wydawcy nie jeżdżą na wakacje na Haiti). Może zbyt skomplikowana?

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarny Smok i polecam ją szczerze kobietom, które mają ochotę na chwilę oddechu przy lekturze, która nie obrazi ich inteligencji. Fajna sprawa. Zwłaszcza w zalewie produktów powieściopodobnych.

środa, 24 marca 2010

Tytułem wstępu

Czytam złe książki. Powinnam oddawać się lekturze, która wpływałaby dodatnio na mój intelekt, stanowiła duchową strawę i, generalizując, jakoś by mnie wzbogacała. Niestety - nijak nie mogę się przekonać do literatury ambitnej, literatury z wyższej półki, ba! nie wiem nawet, co tak naprawdę mogłabym za nią uznać. Zostaje mi więc biblioteka i kolejne tomiszcza podejrzanej proweniencji, jedne lepsze, inne gorsze, jeszcze inne żenujące i przyprawiające o nerwowy chichot. Jak ja, u diabła, mogę to w ogóle czytać? No widocznie mogę, choć nie raz i nie dwa rzucałam książkę w dowolnie wybranym momencie - bywało, że po pierwszych kilku stronach, porażona elokwencją autora/tłumacza/redaktora, odpowiednie skreślić. Albo zostawić wszystkie, w końcu istnieje coś takiego, jak "praca zbiorowa".

Wywnętrzać się publicznie nie miałam zamiaru, zwłaszcza że, jako pracownikowi wydawniczego światka, trudno mi zachować obiektywizm. Ponieważ jednak okazało, się, że moje wynurzenia sprawiają niektórym sporo radości, uznałam, że mogę je zebrać. I używać sobie do upadłego, a przynajmniej do momentu, aż ktoś mnie skojarzy i zastrzeli.
I własnego gniazda kalać nie będę, trudno teraz o etat...

Czytam różne rzeczy - powieści sensacyjne, kryminały, thrillery, thrillery medyczne, powieści obyczajowe, romanse, produkcje quasihistoryczne, literaturę młodzieżową i sporą ilość fantastyki. Jak coś jest zdatne do spożycia, staram się spożyć. Być może dlatego cierpię na nadkwasotę i niestrawność.
Amen?
No, przynajmniej na razie.
Czytam różne rzeczy i o różnych rzeczach myślę (takie natręctwo - śni mi się po nocach katalog wiosenny Empiku, zwanego ostatnio Empik-comem, ni cholery nie wiem, dlaczego), o różnych rzeczach więc będę informować. Choć na pewno nie na bieżąco.