A przynajmniej byli – jakieś 10 lat temu. Niedawno wydana
powieść Lee Childa „W tajnej służbie” to wznowienie książki „Bez pudła”, która
wyszła nakładem ISY ładnych kilka lat temu. W oryginale nazywa się toto „Without
Fail”, ale, wiadomo, nie będziemy powtarzać starego tytułu, choćby był
strasznie dobry. Zrobimy własny. Praktykę rozumiem, problem znam, ale nie
zmienia to faktu, że ten starszy był lepszy. Z poprawiania dobrego nic dobrego
zazwyczaj nie wynika.
Teraz mi się przypomina, że imć Wydawca mówił mi kiedyś, że
będzie nowa i wznowienie, ale ta nowa lepsza, a wznowienie takie sobie. Za
diabła nie wiem, czy chodziło o „Uprowadzonego”, czy „W tajnej służbie”,
wychodzi mi na to, że jednak o tę ostatnią. I tak dochodzimy do clou przed
treścią właściwą – książka jest milion razy lepsza niż dzieła Pattersona albo
jego pomagiera, który ostatnio pisze samodzielnie (nie wiem, jak mu idzie, padłam w połowie jego pierwszej książki), ale... Ale nie jest to
najlepsza książka Childa.

