czwartek, 22 lipca 2010

Gdzie te chłopy? "Nieprzyjaciel" Childa

Zastanawia mnie czasem, dlaczego z takim zapałem rzucam się na kolejne tomy o Jacku Reacherze, byłym majorze żandarmerii wojskowej, który nieustannie popada w jakieś koszmarne tarapaty. Dlaczego fascynuje mnie kwestia konfliktu między wojskami pancernymi a resztą amerykańskiej armii i po jakie licho mi wiedzieć, jak sensownie zastrzelić kogoś z odosobnionego miejsca na wielopoziomowym parkingu? Co jest takiego wciągającego w kilkustronicowym opisie poszukiwań opakowania po jogurcie truskawkowym i na diabła mi informacja o tym, jak zbudowany jest artyleryjski ślepak...

Nie wiem, nieważne. Lubię Reachera, lubię książki Childa i nawet jeśli jednej z nich nie udało mi się strawić, wciąż będę wypatrywać kolejnych. Może dlatego, że, co za miła odmiana po dziełach Chattama i Grange, bohater tych powieści nie jest idiotą i używa mózgu. Na zmianę z pięściami, ale coś pierwotnego we mnie chce czytać o pięściach, pod tym jednakowoż warunkiem, że coś jest do tych pięści doczepione.



"Nieprzyjaciel", czyli wydana ostatnio nakładem Albatrosa (pozdrawiam, pozdrawiam, gratuluję klimatyzacji!) odsłona przygód pancernego Jacka dzieje się chronologicznie wcześniej niż poprzednie tomy. Rok 1990, upadek Muru Berlińskiego, Reacher wciąż jeszcze jest majorem żandarmerii, a nie, jak zazwyczaj, byłym, emerytowanym żołnierzem. I jako major żandarmerii, wpada na trop spisku, który może zmienić oblicze armii. Brzmi kretyńsko? Ano kretyńsko, 90% bohaterów powieści sensacyjnych wpada na:
trop spisku, który może zagrozić
dowolnie wybranej rzeczy, a najczęściej całemu światu. Tym się wróbelek nie różni.

Różni się sposobem prowadzenia narracji, mnogością zabawnych często szczegółów i milionem pierdół, które powinny przeszkadzać w odbiorze, ale wcale nie przeszkadzają. Kiedy Reacher dokądś idzie, wiemy, ile przejdzie kilometrów, z jaką prędkością i co zobaczy po drodze. Kiedy Reacher kogoś grzmoci, wiemy dlaczego w ten, a nie inny sposób. Kiedy Reacher kogoś tropi, wiemy dokładnie, co robi i w jakim celu. I być może to właśnie jest zabawne i odświeżające w powieściach Childa - sporo praktycznych detali dla odmiany od smętnych pseudopsychologicznych rozważań.

Ad rem, żeby nie było, że znowu sobie dywaguję - "Nieprzyjaciel", nietypowo po raz drugi, narrację ma pierwszoosobową i wyjaśnia co nie co o pochodzeniu i rodzinie Reachera. Zaczyna się od niespodziewanego przeniesienia majora z Panamy, niedługo później w podrzędnym hoteliku zostaje znaleziony dwugwiazdkowy generał wojsk pancernych, który zahaczył o Stany w drodze na konferencję, a chwilę potem trupem pada żona tegoż generała, która, w trakcie włamania, obrywa w łeb łomem. Generał zamordowany nie został. Zszedł tragicznie w wyniku zawału, prawdopodobnie podczas stosunku z prostytutką. Enigmatyczną, bo znaleźć jej nie sposób... Reacher, oczywiście, usiłuje dogrzebać się prawdy na przekór nowemu przełożonemu, który prawdę usiłuje zagrzebać i po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że ktoś buchnął tajny przez poufny plan wspomnianej wcześniej konferencji. Planu ani widu, ani słychu, za to sytuacja wyraźnie się zagęszcza...

I byłaby to kolejna podobna do innych powieść, gdyby nie Jack Reacher, jeden z naprawdę najbardziej charakterystycznych bohaterów literatury sensacyjnej, ciekawszy nawet od tandemu Win&Bolitar Harlana Cobena i na pewno bardziej zabawny niż Hieronymus Bosh Connely'ego, choć ten ostatni wzbudza we mnie ogromną sympatię. I gdyby nie specyficzny sposób prowadzenia narracji.

Można, jak mniemam, lubić, albo nie lubić, ja literaturę sensacyjną wciągam nosem i tylko czasem dostaję nieżytu przy co bardziej grafomańskich tekstach - i rekomenduję. Wszystkim, którzy lubią inteligentną sensację, którzy lubią przeczytać parę książek o tym samym bohaterze i którzy chcieliby się dowiedzieć, dlaczego należący do wyposażenia armii łom wygląda tak, a nie inaczej. Polecam również babom, którym tęskni się za bohaterem, który robi swoje, nie rozdzierając szat i nie wyflaczając się, jak, nie przymierzając, Edzio ze "Zmierzchu" albo, żeby pozostać w klimacie, monsieur Brolin z książek Chattama (który do wniosków dochodzi wtedy, gdy czytelnik najchętniej by go zastrzelił).

A teraz podejmę drugą próbę zmierzenia się z tytułem "Nic do stracenia", bo przy tym tomie odpadłam. Ale może miałam kiepski dzień.

środa, 21 lipca 2010

A wiking wdział szarawary i katanę chwycił - Brent Weeks

Chyba powinnam była opisywać tę trylogię jak Bozia przykazała, bo jednym tomie, ale, po pierwsze primo, gdy brnęłam przez pierwszy tom, do głowy mi nie przyszło zakładać bloga, po drugie primo, gdy czytałam drugi tom, byłam ciężko zawalona robotą (niektórzy dla odstresowania oglądają TV, ja czytam książki, bo TV wymaga ode mnie koncentrowania się na wielkim pudle w pokoju, a w tym jestem beznadziejna), po trzecie primo - ciągle mam coś do zrobienia, napisania, złożenia, zaprojektowania, więc zazwyczaj mi się nie chce...

Więc recenzji a tergo nie będzie, nie dlatego, że źle się kojarzy, ale przez wzgląd na moją sklerozę. "Droga cienia" rozmyła mi się w pamięci, przygnieciona kolejnymi lekturami, "Na krawędzi cienia" pamiętam trzy po trzy, ale "Poza cieniem" skończyłam kilka dni temu i coś tam jeszcze pamiętam. Niewiele, ale zawsze.



O czym są książki Weeksa? Fantasy, w miarę regularne, osadzone w wymyślonym przez autora świecie, którego części stylizowane są na kawałki świata naszego prawdziwego, przynajmniej pod względem kultutowym. Mnóstwo dziwnych, wziętych z sufitu nazw, sporo dziwacznych, nie trzymających się kupy postaci plus bogini Kali, coś w deseń wyższego anioła upadłego, grożąca, na samym końcu integralności świata. IMO największym zagrożeniem dla integralności świata był i jest sam autor, który skleił powieści na kropelkę, ale mniejsza o to.



Mamy więc młodego ulicznika, Merkuriusza, który trafia pod opiekę siepacza, Blinta, zawodowego mordercy od zadań specjalnych, który, gdy przyjmie na kogoś zlecenie, zrealizuje je na 110%. Amen. Motyw uczeń - mistrz ograny jest do bólu, ale nikt niczego lepszego na przestrzeni lat nie wymyślił, niech więc będzie. W pierwszym tomie obserwujemy trudną i brutalną naukę Merkuriusza, jego przemianę w Kylara, siepacza, oraz najazd Sił Zła na państewko, w którym rzecz się dzieje. W miarę, jak akcja się rozwija, dowiadujemy się więcej o miejscowej mafii, o samym Durzo, który, co za niespodzianka, okaże się kimś więcej niż tylko najlepszym z najlepszych najemnych morderców, poznajemy również historię nieszczęśliwej miłości Merkuriusza / Kylara do oszpeconej w dzieciństwie dziewczyny. Na razie jest spokojnie, później miłość zacznie buchać bohaterom uszami.

Magii tu co nie miara, i to jest mój pierwszy zarzut, bo generalnie, jako stara baba, wolę, gdy bohaterowie posługują się inteligencją, a nie ognistymi kulami, ale, że większość z tych bohaterów młoda, można im to, przy odrobinie wysiłku, wybaczyć.



To tyle tła - Merkuriusz zostaje siepaczem, posiadaczem magicznego ka'kari, dzierżycielem magicznego miecza, Sędziego. I przeżywa moralne rozterki, które, jak łatwo się domyślić, skłonią go do porzucenia obrzydliwego fachu i ucieczki z oblężonego miasta. Kylar ma zamiar żyć długo i szczęśliwie z piękną (choć pochlastaną) Elene, która w żadnej mierze nie może zaakceptować tego, kim jej oblubieniec jest, i nawraca go na jedynie właściwą ścieżkę praworządności... Nie wyjdzie jej to, krew nie woda, Kylar zyskał nieśmiertelność, Kylar chce zabijać, Kylar chce być sprawiedliwy. Kylar pozbędzie się Króla-Boga!

Gdyby autor podarował sobie udziwniania świata, czytelnikowi mogłoby być lżej.

Co mnie w tej książce dziko zachwyca? Ani zachwyca mnie zachwycenie scen powszechnie uważanych za obsceniczne z dywagacjami na temat dziewictwa Kylara , które to dywagacje, nakręcone przez pożerające bohatera pożądanie (a Elene mu nie da przed ślubem, bo nie, o), powtarzają się jak kwaśne deszcze. Zachwyca mnie konsekwencja w zachowaniu bohaterów, którzy, utraciwszy wszystko, co dla nich ważne na stronie setnej, na stronie kolejnej żartują sobie w najlepsze, wymieniając dowcipne uwagi (wprowadźmy trochę humoru, pomyślał autor). Zachwyca mnie długość rozdziałów, które potrafią mieć np. 2 strony... Zachwycają mnie motywacje bohaterów, co jedna to lepsza, bardziej szlachetna. Sami bohaterowie również mnie zachwycają.
Kylar - bo jest Aniołem Nocy, nieśmiertelnym zabójcą, ramieniem sprawiedliwości, superhipertwardym gościem, który wciąż nie może skonsumować związku za czem odczuwa, jak mniemam, bolesne skurcze jąder.
Logan - przyszły król, bo jest tak szlachetny, odważny i wytrwały, że już bardziej nie można. I też jest prawiczkiem, ciężko doświadczonym przez los.
Elene - która zasługuje na oddzielny akapit. Postać jak środek wymiotny, doświadczona w dzieciństwie, od dawna kochająca Kylara, dziewica, której szlachetności mogłaby jej pozazdrości Matka Teresa. Typowa-typowa słodka kobietka, której obecność pozwala autorowi napisać ckliwe do imentu, za to szalenie zabawne zakończenie, w którym udział wezmą: wielka miłość, jeszcze większe poświęcenie, przeogromna rozpacz i całe stada czerwonych tulipanów upamiętniających nieszczęśliwą, zakończoną tragicznie MIŁOŚĆ. Wielkimi literami, bo małe nie oddają jej natężenia.

Książki są naiwne - bohaterowie młodzi, niedoświadczeni, obolali od seksualnego niespełnienia, biorą udział w ratowaniu świata, który to świat da się, oczywiście uratować, właśnie z powodu czystości ich zamiarów, szlachetności i gotowości do poświęceń. Być może również przez wzgląd na ich wstrzemięźliwość.
A ja nadal z tęsknotą wspominam, jak ścięli Eddarda Starka i jak młodsza córka tegoż posłużyła się łasicową zupą. Może jestem cyniczna... Ale Lannister nie srał złotem, że się tak wyrażę, a Tyrion miał metr z kawałkiem i zdefasonowaną gębę.

Co jeszcze? Znalazło się w książce kilka kawałków jakby zapożyczonych skądinąd - zakon sióstr, które miały plany eugeniczne, kazirodczy związek między parą królewską, ale wszystko to blednie w zestawieniu z przeplataną: tragedia, dowcipny dialog, tragedia, dowcipny dialog, tragedia, obolałe jądra, dowcipny dialog, obolałe jądra, tragedia, dowcipny dialog...
I kolejne poświęcenie, tym razem w wykonaniu Vi Sovari, siepaczki, która, zakochana w Kylarze, zostaje skazana na wysłuchiwanie jego umizgów do Eleny, a później przeżywania na boku ich uniesień, gdy problem obolałych jąder traci na aktualności. Weeks ma pornograficzną wyobraźnię i fajnie, szkoda tylko, że bohaterowie tacy kryształowi...

Reasumując - da się to przeczytać, jeśli, oczywiście, przymnie się oczy na koszmarkowate tłumaczenie i przełknie jakoś nie trzymające się kupy kolejne sceny. Jest to lepsze od produktów z Fabryki, ma ładne okładki (jedne z najlepszych obecnie, IMO), ale dla kogoś, kto kilka dobrych powieści fantasy zaliczył, nie będzie to intelektualna uczta. Ani w ogóle uczta. Hamburger i frytki z sieciówki, trzy pełne zestawy, a potem Verdin albo inny szajs na problemy z wątrobą.

Ucztować można przy "Pieśni lodu i ognia" albo przy książkach Lyncha, nie przy Weeksie. Weeksa można wziąć na wakacje.

Za udostępnienie książek do recenzji dziękuję koledze, który kupił mi drugi i trzeci tom po tym, jak oznajmiłam - e... nie, chyba za resztę podziękuję. Całuski, cukiereczki, ciasteczka, P!

Mierzyć siły na zamiary...

O tak, mam zamiar wrócić do wywnętrzania się w Badziewiarce, bo czytać nie przestałam. Pochłaniam książki, jak niektórzy ciasteczka - nim się obejrzę, pudełko puste, a na żołądku podejrzanie ciężko. Tylko do pisania nie mam serca, prawdopodobnie dlatego, że dużo piszę niejako zawodowo i gdzieś w okolicach streszczenia dziesiątego tytułu i pracy nad kolejną prezentacją dla Empiku, klawiatura zaczyna wywoływać u mnie odruch wymiotny...

Ale zaraz się zbiorę, choćby i dla siebie samej, co by mieć jakąś listę rzeczy, które pochłonęłam. Umykają z mojej pamięci dwa dni po zakończeniu lektury, gdy tylko ciskam gdzieś tomik, co by mi nie zawalał i tak zawalonego do granic możliwości, mieszkania.

W chwili obecnej wciąż jeszcze nie wcisnęłam na półkę książek Brenta Weeksa, pokuszę się więc może o kilka słów na jego temat. Chyba warto dorzucić swoje trzy grosze do ogólnych zachwytów nad serią Nocnego Anioła.

piątek, 28 maja 2010

Polak potrafi - "Wieczna noc"

I dobrze, że wieczna noc, bo w nocy mało co widać...

Tytułem usprawiedliwienia: nie czytałam tej książki w polskim przekładzie. Czytałam ją w oryginale, jeszcze wtedy, gdy nikt jej u nas wydawać nie zamierzał, znudziła mnie gdzieś w połowie, dobrnęłam do dwóch trzecich i rzuciłam na półkę. Z półki tej powinnam ją zdjąć, doprowadzić do porządku i odnieść w zębach do biura. Powinnam. Ale ona taka ładna...

Skąd ten post? Ano stąd, że powieść "Evernight" ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Amber, niedoścignionego mistrza idiotycznych okładek. I gdyby mi paluchem nie pokazano, że to właśnie TA książka, w życiu bym się nie domyśliła. Dlaczego? Bo, rzecz oczywista, mamy własną, lepsiejszą i bardziej klimatyczną okładkę. O taką:



Cud, miód, różyczki i hemoglobina, prawda? Niestety, zdjęcie nie oddaje całej szpetoty tego projektu. Część jest lakierowana. Lakier wybiórczy wszystko uszlachetnia.

A tutaj, proszę, dla porównania - oryginał:



Polak potrafi, prawda? I mniejsza o to, że pod projektem Amberu podpisuje się ktoś o włoskim nazwisku. Owmordęjeża...

A sama książka? Cóż, kolejna powieść dedykowana wielbicielom nowogotyckich klimatów, tym razem z dość zabawnym przekrętem w okolicach środka. Romansidło, a jakże, rozgrywające się w szkole (w końcu adresatkami są nastolatki), do której właśnie trafia Bianka, nasza piękna (jak zawsze), wyobcowana (obowiązkowo) i prześladowana przez koszmary (nowa świecka tradycja) bohaterka. W szkole "Evernight", bo tak się toto w oryginale nazywa, Bianka spotyka tajemniczego, odrzucanego przez większość uczniów, chłopca i zakochuje się w nim. Z wzajemnością. Wzajemność oczywiście tak całkiem jasna nie jest, a na młodych kochanków czeka wiele niebezpieczeństw...

Czym się różni "Evernight"? Ano tym przekrętem, o którym wspomniałam, a którego nie wyjaśnię tutaj przez wzgląd na to, że może ktoś się na powieść skusi. Na pewno zresztą będzie to lepszy wybór niż "Upadli", bo autorka podjęła się wymyślenia fabuły, niespecjalnie porywającej, ale całkiem znośnej. Miłośniczkom romantycznych do imentu romansów pewnie przypadnie do gustu, reszta może nie strawić powtarzających się opisów jego błyszczących w świetle słońca/księżyca włosów, jego smutnego, mądrego wejrzenia, jego ramion muskularnych i tak dalej.

Standard. Tylko ta okładka tak mnie ruszyła. Chciałabym wiedzieć, czy oryginał był tak wściekle drogi, że go Amber nie nabył, czy może ktoś przestraszył się specyficznego designu serii* (tak, tak, drugi tom - "Stargazer" zapewne niedługo się ukaże), czy może... Nie wiem, co może. Może mam jakiś problem z postrzeganiem świata.

* Co ciekawe, bliżej mi nieznane Wydawnictwo Łyński Kamień wypuściło właśnie "Beautiful Creatures", zachowując oryginalną grafikę. Wygląda ładnie.

Po bardzo głębokim namyśle - oddam torbę czyścików do telefonów komórkowych za wyjaśnienie idei tego zawijasa przy "c"!

czwartek, 27 maja 2010

Król Artur po raz setny - "Zimowy monarcha"

Ręka do góry, kto nie słyszał o królu Arturze!
Nie widzę?
No pewnie... Najbardziej wyeksploatowany władca w historii, bohater nieprzeliczonej ilości książek, filmów i opracowań. Rycerz bez skazy, archetyp i wzorzec. Tandaradei - po raz kolejny. Tym razem w wykonaniu speca od scen batalistycznych.
Nie chciało mi się jak jasny gwint. A może i bardziej. Bo znam historię Artura, bo od czytania o Merlinie, Pani Jeziora i mieczu w skale zbiera mi się na mdłości. Bo nad honorowych wojowników przedkładam inteligentnych łotrów, bo dzieje Brytanii obchodzą mnie w takim samym stopniu, jak zeszłoroczny śnieg.

Ale dostałam. Mówią: dobre. Kolega mówi: Cornwell jest ok. Zrobiłam tak zwany risercz, faktycznie - same zachwyty. Nic, tylko się brać. Ale, dla pewności, poczekamy jeszcze tydzień...*



"LEGENDA O KRÓLU ARTURZE I MROCZNYCH DZIEJACH BRYTANII"
Stop.
Żadna to legenda. I niespecjalnie o królu Arturze, co mnie jedynie ucieszyło, bo, jak już napisałam, Artura mam po kokardę, a nawet wyżej. Mroczne dzieje, owszem, faktycznie, Bretania V wieku miłym miejscem nie była. Narracja: pierwszoosobowa. Artur? A skąd - ocalony z rąk psychopatycznego druida Derfel, sierota, mieszkaniec wyspy Merlina, potem żołnierz Artura. Punkt widzenia - subiektywny. I chwała za to, bo "obiektywnych" historyjek o rycerzach okrągłego stołu było sto i ciut. Tylko po co w takim razie epatować z okładki tą legendą? Żeby podniecić arturofilów? Ja filem nie jestem, żadnym, ani geranto-, ani zoo-, ani arturo-, mnie to zniechęciło.

Historię w zasadzie wszyscy znamy - boski Artur jednoczy skłócone plemiona, by stawić czoła najazdowi Sasów, a wszystko to na tle konfliktu między poganami i chrześcijanami. Cornwell szczęśliwie w samej fabule za bardzo nie dłubał, tyle tylko, że inaczej rozłożył naciski, odbrązowił postaci i smętną legendę przerobił na brutalną miejscami parahistoryczną powieść akcji. Jako powieść fantasy z elementami magii, kupuję "Zimowego" w całości, ale mit sobie wypraszam, bo go tu tyle, co kot napłakał. Merlin jako wielki mag? Śmiechu warte - zręczny krętacz, amator guseł i robienia wody z mózgu. Nimue, Pani Jeziora jako odziana w piękną suknię posiadaczka życiowej mądrości? Chała. Sprytna baba, kochanka Merlina, znawczyni ludzkich umysłów i zawołana manipulantka. Piękna, niebezpieczna Morgana? Jasne - oszpecone, zawistne babsko z apetytem na odrobinę władzy.
Zakochanym w nienagannie odzianych rycerzach zakutych w błyszczące blachy nie polecam, bo się srogo rozczarują. Brytania w wersji Cornwella to paskudny, brudny i pełen niesprawiedliwości świat, którego nie ocali jeden magiczny miecz i tuzin zaklęć. Tym, którzy chcą poczytać o ideałach odradzam takoż - ideałów w "Zimowym monarsze" mamy deficyt, nie brakuje za to zawołanych okrutników, kłamców i psychopatów.

Komu więc polecam? Tym, którzy mają ochotę na dobrze skonstruowaną, zręcznie napisaną i wciągającą powieść fantasy, która nie obraża inteligencji czytelnika. Dodam tylko, że książka ukazała się już w Polsce w 1997 roku nakładem nieistniejącego już Wydawnictwa DaCapo, a wydanie Instytutu Wydawniczego Erica jest właściwie przedrukiem. I tyle. Do wydania nie mogę się przyczepić, choć kilka przecinków zaginęło w tajemniczych okolicznościach, a skład jest dość gęsty. Ale, próba optymizmu, gdyby to złożyć z troską dla półślepych (to ja i moje -8), wyszłaby nieprawdopodobna cegła.

Dalsze dzieje Artura już wkrótce ("Zimowy monarcha" to pierwszy tom trylogii), a mnie ciekawi, jak będą wyglądać kolejne okładki. Odnotowuję skok jakościowy w stosunku do szaty graficznej poprzednich powieści Cornwella.

* Może mi się zachce, a jak się nie zachce, może mnie pogryzą wyrzuty sumienia... Pogryzły.

sobota, 22 maja 2010

Comfort book – „Serce Kaeleer” Anne Bishop

Wiecie dlaczego w ogóle kupiłam pierwszy tom „trylogii” Anne Bishop? Chciałam nakarmić mojego małego, prywatnego zboczeńca i na własne oczy przekonać się, jakież to straszne rzeczy wymyśliła autorka, że, wedle jednego z recenzentów Merlina, powieść powinna być opatrzona nalepką „tylko dla bardzo wyuzdanych dorosłych”. Spodziewałam się treści, które profesora Lwa-Starowicza przyprawiłyby o rumieniec zażenowania, a dostałam książkę fantasy, w której kilka razy pojawiło się słowo „fiut”, w której kobiety używają sobie na mężczyznach, a banda zboczeńców nie waha się zgwałcić dorastającej dziewczyny. Za co zresztą zostają przykładnie ukarani, bo czyn ten jest, jak trąbią wszyscy w powieści, naganny moralnie i absolutnie nie-do-zaakceptowania.



Teraz, prawem marketingu, trylogia zamieniła się w cykl (jak zgaduję), a do księgarń trafił zbiór opowiadań „Serce Kaeleer”. Ci sami bohaterowie, ten sam świat… Ci, którzy czytali poprzednie części i polubili stworzone przez Bishop postaci, mają okazję dowiedzieć się o nich czegoś więcej. I przy okazji w sposób sympatyczny kompletnie się odmóżdżyć.

„Serce Kaeleer” to romansidło rozpisane na role. Książka, którą czyta się z uśmieszkiem lekkiego zażenowania, szybko, łatwo i ze sporą satysfakcją. Proste historie o miłości na śmierć i życie – takiej typowej miłości filmowej, z fajerwerkami, nieporozumieniami i sporą dawką ekstremalnego seksu.

Ładnie wydana, starannie przetłumaczona, typowa comfort book, lektura do poduszki albo kubła kawy. Mam tylko wątpliwość, czy to w ogóle fantastyka? Może i tak – tyle tylko, że zdecydowanie babska (babską fantastykę wydawał już MAG, lata temu ukazała się trylogia o strzale Kusziela). Kupię sobie kolejne tomy i będę je celebrować z idiotycznym chichotem. Bishop + kakao + wielka drożdżówka z makiem = dobry nastrój.

PS. Tak najzupełniej zawodowo - szalenie podoba mi się skład tej książki, niewielka, czytelna czcionka, sporo światła, wrażenie uporządkowania. Oczy mi się nie męczą, a to również duża zaleta.

Szukam w sobie gimnazjalistki po raz drugi – „Upadli”

Jedna z najbardziej wyczekiwanych młodzieżowych premier roku.* Jedna z najpiękniejszych okładek, nie tylko wśród polskich książek. Wreszcie coś dla wielbicielek mrrroku, którym wampiry wychodzą nosem. Młoda, zagubiona bohaterka zakochana w upadłym aniele. Miłość, która nigdy się nie spełni. Namiętność. Uczucie. Ach. Och.



Jego złocista skóra niemal błyszczała, a każdy ruch, czy to kręcenie głową, by rozciągnąć długą szyję, czy pochylenie się, by podrapać kształtne kolano, wypełniało Luce uniesieniem…

Ja również wypełniłam się uniesieniem – głównie językowym. Będę brutalnie szczera, pal licho ogólną denność „Upadłych” oraz fakt, że fabuły nie mają za grosz! Tłumaczka, redaktorka oraz korektorka (choć ta ostatnia wkład miała zapewne najmniejszy) zrobiły wszystko, co w ludzkiej mocy, by lekturę jak najbardziej uatrakcyjnić. Główna bohaterka nie tylko trafia do poprawczaka, w którym sowy huczą na palmach, a brzegi porastają namorzyny, ale boryka się na przykład ze spoglądającymi na nią z pewnością siebie okularami słonecznymi oraz usycha z tęsknoty… Nie, wróć „usycha z tęsknoty” to fraza zbyt skomplikowana, napiszmy prościej – tęskni za pokojem z którego przez okno widziała pomidory taty. Wyciąga rękę jak kij bejsbolowy. Zaciska poduszkę na uszach żeby zagłuszyć warczenie Randy z głośników…

Brzuch rozbolał mnie ze śmiechu i ubawiłam się setnie, ale ja tę książkę dostałam – nie wydałam na nią 35 złotych. A nadmieńmy, że dostępna jest również twarda oprawa tego cuda w cenie odpowiednio wyższej. Podejrzewam, że spragnionym gotyckich powieści nastolatkom warstwa językowa wielkiej różnicy nie zrobi, ale w mojej opinii, takie tłumaczenie to jawna drwina z czytelnika. Gdybym pokusiła się o nabycie powieści, zwłaszcza w oprawie twardej, zacisnęłabym zęby i poleciała do MAGa, żeby mi wydawnictwo (do którego przez wiele lat miałam, jako wielbicielka fantastyki, ogromny szacunek) zwróciło mamonę.

Żeby nie być gołosłowną, pozwolę sobie przytoczyć:

Strona 76: Czuła się tak bardzo oddalona od domu. Wystarczyłyby dwadzieścia dwie minuty jazdy samochodem, by od rdzewiejących żelaznych bram Sword&Cross dotarła do pobielonej ściany jej domu, lecz jej wydawało się, że to były by dwadzieścia dwa lata.

Strona 92: Dusił ją wszechobecny smród skunksiej kapusty, czuła się też samotna ze swoimi myślami (…) Stała w wejściu, gdzie zapiaszczony asfalt ustępował zbitej stercie chwastów. Zauważyła samotny dmuchawiec i pomyślała, że młodsza Luce rzuciłaby się do niego, wypowiedziała życzenie i dmuchnęła. Niestety, teraz jej życzenia wydawały się zbyt ciężkie na coś tak lekkiego (…) Ogrodzenie musiało pochodzić z czasów wojny secesyjnej, o czym wspomniała Arriane, gdy na cmentarzu chowano zabitych żołnierzy.

Strona 115: Stał całkowicie nieruchomo, co sprawiało, że Luce stała całkowicie nieruchomo, przez co tykanie zegarka w kieszeni jego swetra wydawało się niemożliwie głośne.

Strona 132: Luce przetoczyła się z jękiem, lecz choć zaciskała poduszkę na uszach, nie pomogło jej to zagłuszyć warczenia Randy przez głośniki.

Strona 160: Zdjął okulary. Spoglądały na nią z taką pewnością siebie, iż znów pozostawał w nieludzkim bezruchu, czekając na jej odpowiedź.

Strona 414: Wszyscy znajdujący się w promieniu wielu mil musieli sądzić, ze świat się kończył. Luce nie wiedziała, co o tym myśleć. Jej serce odmówiło posłuszeństwa.**

Strona 456: Chwyciła medalion na szyi, który budził mnóstwo wspomnień.

A fabuła? Wiecie, w pewnym momencie odłożyłam ołówek, którym zaznaczałam sobie co ciekawsze kawałki i zaczęłam szukać w „Upadłych” sensu. Cienia sensu. Bezskutecznie.

O czym jest ta książka? Ano siedemnastoletnia Luce, którą od lat najmłodszych prześladują cienie (mnóstwo malowniczych koślawych opisów) trafia do zakładu poprawczego o wielce znaczącej nazwie „Sword&Cross”. Dlaczego? Bo jej ostatnia randka skończyła się tragicznym zgonem absztyfikanta, a ona niczego nie pamięta. Okej, co dalej? Dalej panna Luce poznaje nowe miejsce zamieszkania i spotyka Daniela oraz Cama, dwóch różnych od siebie, ale w jednakowym stopniu przystojnych gości, na których będzie lecieć z wizgiem przez następne 400 stron (złożonych szesnastką). Daniel będzie się wzbraniał, Cam będzie ją nachodził, a wszystko to w atmosferze ciężkiej groteski. Świata przedstawionego mógłby pozazdrościć autorce Gombrowicz. Zapleśniały, podgniwający poprawczak z kamerami, które jadnakowoż można obejść, kadra, która nie zwraca uwagi na uczniów, cmentarz na środku, posągi aniołów, pływalnia w starym kościele oraz pojawiające się znikąd podziemia pełne akt.

Akcję można streścić tak – Luce usiłuje się zbliżyć do Daniela, ale on nie chce. Cam chce i męczy Luce. I to zajmuje 90% książki. Och, oczywiście jakieś wydarzenia mają miejsce i słowa „mają miejsce” są jak najbardziej, wybaczcie kalambur, na miejscu. Luce odbywa karę na cmentarzu. Luce o mało nie ginie pod przewracającym się posągiem. Luce idzie na randkę z Camem. Luce chce zerwać z Camem. Daniel zabiera Luce nad jezioro (gdzie ono się, kurna, zmieściło???). Luce z Danielem siedzą na cmentarzu, pod brzoskwiniowymi drzewkami (wyrosły pewnie pokątnie, jak nikt nie patrzył), których gałązki splatają się, tworząc kształt serca. I nawet samolot się pojawi. I ołtarz ofiarny.

Ufff, ja rozumiem, ze książki dla nastolatek rządzą się własnymi prawami, ale mam chyba prawo doszukiwać się w nich choćby cienia cienia logiki? Jakichś związków przyczyna-skutek? Konsekwencji w kreowaniu świata przedstawionego? Szacunku dla rachunku prawdopodobieństwa?

O Jezu… Nie mam żalu do MAGa za wydawanie książek, które „muszą się sprzedać”. Czasem tak jest, że kupuje się tytuł na pniu, po przejrzeniu recenzji na Amazonie (im więcej, tym lepiej), a potem staje na głowie, żeby tylko zdążyć wydać książkę w najbardziej (z marketingowego punktu widzenia) korzystnym momencie. Ale, jasny gwint, NIC nie usprawiedliwia tak fatalnego przekładu, koszmarnej redakcji oraz korekty, której chyba w ogóle nie było.
Nawet dwunastolatka zasługuje na trochę szacunku!

Kolejny tom zapewne niebawem... Śliczny, prawda?



PS. A teraz patrzę na te okładki, i myślę sobie: o, jaka piękna katastrofa.

* Jeśli wystarczająco często powtarza się jakieś zdanie, target i media zaczynają w nią wierzyć…
** Wezwać lekarza! Albo obstalować trumnę!