wtorek, 2 listopada 2010

Lokomotywa z problemami emocjonalnymi - "Zamachowiec"

Zasypało nas nie tylko wampirami i nieumarłymi wszelkiej maści, ale również literaturą pełną złamanych pierwszo i drugoplanowych bohaterów, którym w życiu coś nie wyszło i którzy, zrządzenie losu stali się tym, kim się stali. Modę zapoczątkował, jak mniemam, Larsson ze swoim „Millenium”, a teraz mamy multum powieści „całkiem jak ‘Millenium’”, „lepszych niż „Millenium’”, i tak dalej...



Porównanie nie bez sensu, bo „Zamachowiec” Marklund również ociera się o środowisko dziennikarskie, a główny jego bohater jest pismakiem. Annika jednakowoż, inaczej niż bohater Larssona, nie zajmuje się dziennikarstwem ekonomicznym, ale szefuje działowi kryminalnemu dziennika. I jak to z dziennikarzem-bohaterem bywa, pakuje się w środek afery. Tym razem zaczyna się od wybuchu na stadionie olimpijskim, w którym ginie jedna z najbardziej wpływowych kobiet w Szwecji, Christiana Furhage – anioł wcielony, wzór cnót i godny naśladowania archetyp. Dlaczego? Co robiła Christina w środku nocy na stadionie i kto zafundował jej ćwiartowanie za pomocą sporego ładunku dynamitu?

„Zamachowiec” nie koncentruje się na poszukiwaniu mordercy, ale na przedstawieniu pracy redakcji tabloidu, która żyje takimi wydarzeniami, jak opisane powyżej. Annika nie jest detektywem i choć życzyłaby sobie znać prawdę na temat okoliczności zgonu Furhage, to jednak pierwszym jej celem jest zbieranie materiału i podbijanie nakładu gazety. Ciekawa perspektywa, nieco odmienna niż w klasycznej powieści kryminalnej. Książkę można podzielić z grubsza na trzy części – mamy w miarę dokładny opis funkcjonowania dziennika, trochę o życiu prywatnym bohaterki, trochę o toczącym się śledztwie. Nacisk położony na gazetę.

Książka jest niezła, choć nie powala na kolana. Czytając, miałam skojarzenia z „Lokomotywą” Tuwima. Kojarzycie? Rusza machina po szynach ospale... Ale może to wyłącznie moje zastrzeżenie? Sama intryga jest ciekawie skonstruowana, tytułowy zamachowiec da się jakoś przełknąć, i odbiorca raczej nie puka się w głowę, czytając jego dziwne wynurzenia. „Ten dom ze mną rozmawia” – piękne, choć skłania do refleksji nad prenumeratorami magazynów poświęconych budowlance i wystrojowi wnętrz.

Interesująco wypada postać pierwszej ofiary, samej Furhage, choć motyw obdzierania bóstw z pozłoty powoli zaczyna mi się przejadać. Już niejako automatem zakładam, że gdy w książce ginie ktoś, kto był symbolem i chodzącym ideałem, pod koniec okaże się, że tak naprawdę pod szykowną koafiurą skrywał rogi. Fe. Stosunkowo najsłabiej, w mojej opinii, nakreślony jest wątek prywatny, sprowadzony właściwie do formy kilku krótkich interludiów – zbliża się Wigilia, Annika nie ma czasu, Annika nawala, Annika krzyczy na dzieci, Annika piecze pierniczki. Mało mi tego, a i samej Annice przydałby się jakiś mocniejszy rys charakteru.

Resume? Warto przeczytać – „Zamachowiec” w ciekawy sposób przedstawia pracę redakcji gazety codziennej i tego, do czego posuwają się reporterzy, by tylko zdobyć soczysty kawałek. Warto przeczytać, ale nie ma co liczyć na to, że któryś z bohaterów na długo zostanie w pamięci.
Aha, to nie jest napisana na kolanie świeżynka pod publiczkę - książkę wydano po raz pierwszy w 1998 roku, a u nas miała premierę jako "Rewanż" w 2002. Teraz mamy 2010 i Czarna Owca odgrzewa nam kotlety. Ten jest niezły.



Łał, i pomyśleć, że to ta sama książka...

piątek, 29 października 2010

Siła przyciągania - "Grawitacja"

Siła przyciągania – „Grawitacja”

Boże błogosław Gerritsen za to, że twardo nie umieszcza w swoich książkach wątków metafizycznych i nie wykonuje wolt w stylu Michaela Palmera, którego chwilami w ogóle nie da się czytać. O Cooku nie wspomnę. Amen.



Powinnam może napisać o „Mumii”, a nie o książce, która, nie dość, że ukazała się kilka lat temu, to na dodatek jest trudno dostępna, ale „Mumia” wyszła w tak fatalnym tłumaczeniu, że wolę uczcić ją chwilą milczenia. Ciężkiego – pana Z. K. najchętniej bym ubiła. Ad rem. „Grawitację” przeczytałam sobie właśnie po raz drugi i przez kilka lat niczego ze swego czaru nie straciła. Tytułem wyjaśnienia jest to thriller medyczny rozgrywający się na pokładzie stacji kosmicznej, hen, hen, ponad powierzchnią ziemi. Oraz, częściowo, w siedzibie NASA. O co biega? Ano o dziwną chorobę, która wybija jednego po drugim międzynarodową obsadę stacji. Zaczyna się niewinnie – od niewyjaśnionej plagi dotykającej doświadczalne myszy (piękna scenka, gdy zawieszony w stanie nieważkości gryzoń wysuwa język, by schwycić kropelkę unoszącej się cieczy), kończy na regularnej jatce i trepanacji jednej, rokującej nadzieje, czaszki.

Mamy dwoje bohaterów przygotowujących się do rozwodu, choć wciąż nie przestali się kochać, mamy wojskowy eksperyment i badania pradawnych archaeonów... Ale nade wszystko mamy sensowną, napisaną w zgrabny sposób, trzymającą w napięciu historię, której klimat przypomina miejscami „Obcego – Ósmego pasażera Nostromo”. Tym razem pasażerem jest Chimera. Mamy klimat odciętego od świata zewnętrznego miejsca, zamkniętej, ograniczonej przestrzeni i paraliżującego lęku. I to się trzyma kupy, co ostatnio zdarza się rzadko.

Polecam nie tylko miłośnikom thrillerów medycznych i powieści sci-fi (trochę sci-fi w „Grawitacji” jest, ale Chimera, choć zdecydowanie obca, nie biega i nie wymachuje mieczem świetlnym), ale również tym wszystkim, którzy mają ochotę rozerwać się przy powieści sensacyjnej i nie czują oporów przed czytaniem obrzydliwych opisów. Mnie to, co za wstyd, nie rusza. „Grawitację” czytałam przy kolacji i bardziej niż wyobrażenie puchnących zwłok, przeszkadzał mi format książki – pocket. Takie małe coś, co kosztuje mniej i ma przykry zwyczaj samo się zamykać, gdy się je rozłoży na kolanach pod michą sałatki.

Znacie jakąś inną powieść, w której jest opis operacji przeprowadzanej w stanie nieważkości?

wtorek, 26 października 2010

Creme de la creme - propozycje wydawnicze

Uwielbiam czytać propozycje wydawnicze - zwłaszcza opisy projektów, które właśnie się tworzą, jeszcze nie zostały wydane, ale jak już zostaną wydane, na mur i beton staną się bestsellerami, które na zawsze zmienią obraz literatury. Pomijam tutaj nawiedzonych pisarzy, którzy popełnili właśnie dzieło życia i pałają dziką chęcią podzielenia się nim z resztą ludzkości, choć te, rzecz oczywista, również bywają porażająco zabawne.

Siedzę i rechoczę, bo przypomniałam sobie o jednej takiej powieści, co to ma być. Na fali nieumarłych. Uwielbiam nieumarłych, dobrze się sprzedają. A dlaczego tak mi wesoło? Mamy legion wampirów, mamy również wilkołaki, duchy i wszystkie odmiany dusz przeklętych. Plus upadłe anioły. Powoli kończy się atrakcyjne potwory...
Więc dawaj! Neogotycki, wiktoriański, zapierający dech w piersiach, postapokaliptyczny romans niewinnej dziewicy i zombie. Serio. Zbaraniałam, bo zombie kojarzy mi się z nieświeżym zewłokiem, któremu co i rusz coś tam odpada i w charakterze amanta jakoś nigdy go sobie nie wyobrażałam.
Jak to się robi z zombie? - zapytała równie skołowana szefowa.
No właśnie, jak to się robi z zombie? Najpierw przekonają się czytelnicy za wielką wodą, a potem pewnie i my, tuziemcy. Na razie moja wyobraźnia spasowała, odmówiła współpracy i, gdy ją naciskam, galopuje w stronę groteski.
No bo jak to się robi z zombie? Poza tym, że raczej ostrożnie?
Brrr...

Ale, jak mniemam, i tak będzie większym hitem niż gotowa do wydania powieść dla dzieci, której bohaterami są różne produkty spożywcze ze szczególnym uwzględnieniem serów pleśniowych. Cudo.

poniedziałek, 25 października 2010

Zamiast Parandowskiego - "Rozkosze nocy"

Kolejna książka sponsorowana przez nastoletnie miłośniczki wampirów, które przepuszczają fortunę na coraz gorsze powieści o nieumarłych przystojniakach. Gdyby nie koniunktura, nikt by tego nie pisał i nie wydawał... Mniam. Wspaniałe, żeby się odmóżdżyć, pomyślałam, złakniona sążnistych opisów seksualnych doznań. A tak, właśnie seksualnych doznań. Pikantne sceny. Tęsknota. Takie tam. Czasem jestem głupia baba i lubię się zwinąć na kanapie z jakimś kretyńskim romansem. To moje „M jak miłość” i „Plebania” w jednym.



O czym traktuje fabuła? Otóż pewnego dnia piękna Amanda, zadeklarowana miłośniczka prozaicznego, pozbawionego wątków paranormalnych życia, budzi się przykuta kajdanami Zeusa do blondwłosego bóstwa w skórzanym płaszczu. Czując przylegające do swego ciała boskie ciało nieznajomego, czując smukłe mięśnie ramion i twardy, jak w marmurze ciosany, brzuch, odczuwa niepokojące pożądanie - pożądanie które będzie narastać przez kolejnych sto stron. Obustronnie, jak się okaże i wreszcie skutecznie. Ba, niebawem wyjdzie na jaw, że jedynie dzięki pożądaniu wspaniałemu bohaterowi, niegdysiejszemu generałowi starożytnej armii, uda się przetrwać. I pokonać złego demona Desideriusa.

Łał. Jak to dobrze, że są na świecie dobrzy ludzie, którzy pożyczają mi takie książki, dzięki czemu nie muszę ich (książek, nie ludzi) kupować i nie mam potem kaca moralnego z powodu wydania ponad trzech dych na... Mitologię w nowej wersji? Beletrystyczne opracowanie rozważań profesora Lwa-Starowicza? Papier toaletowy? Nie, na papier to się nie nadaje – za sztywne.

Jeśli chcecie zobaczyć, jak twórczo można rozwinąć wątki z mitologii greckiej i macie do zmarnowania parę godzin – darujcie sobie tę książkę. Jeśli lubicie czytać o honorowym poświęceniu* przystojnych, posągowych mężczyzn w skórzanych portkach i ciemnych okularach – darujcie sobie tę książkę. Jeśli macie fazę na jeszcze jednego wampira z problemami emocjonalnymi – darujcie sobie tę książkę. Jeśli naszła was chęć na coś lekko erotycznego – darujcie sobie tę książkę...

Jeśli chcecie przeczytać o dawnym generale, który poświęcił się dla miłości i zmartwychwstał dzięki greckim bóstwom jako mściciel, który nosi czarny płaszcz, jeździ Ferrari i nieustająco ma problem z wybrzuszeniem w spodniach, a także jesteście gotowi na dziesięć kapka w kapkę podobnych scen erotycznych z sutkami w roli głównej i chcecie się dowiedzieć, jak reagują wampiry na bitą śmietanę, jak również nie straszne wam moralne i emocjonalne dywagacje na poziomie intelektualnym dżdżownicy – rozważcie, czy nie wypożyczyć sobie tej książki. Ale nie kupujcie. Kupcie, jeśli kochacie wydawnictwo MAG i bardzo chcecie zasilić je finansowo. Innego powodu nie widzę.

Książka jest nudna i to jej główna wada. Z powieści Hamilton przynajmniej można się pośmiać, nawet gdy autorka pisze o gościach w przejrzystych koszulach. Ale Kenyon? Kenyon jest tak strasznie na serio, że nie idzie bez ziewania strawić kolejnego opisu bicepsów, tricepsów, tyłka i gładkiej skóry, zwłaszcza, ze język jest siermiężny, a przekład niestaranny. Och, są momenty zabawne – nawet całkiem sporo, problem w tym, że czytelnik śmieje się niekoniecznie w tych momentach, w których powinien i raczej z bohaterów, niż z bohaterami. Jak, na litość boską, można nie rechotać, czytając piętnasty nadęty opis jego dziwnie smutnych, kryjących jakiś pradawny ból, oczu?!

* SPOJLER: on naprawdę się poświęca, zrozumcie; jeśli dojdzie, straci moc. Więc nie dochodzi. Bohatersko. Raz po raz. A potem patrzy na nią i cierpi... Zgroza.

czwartek, 22 lipca 2010

Gdzie te chłopy? "Nieprzyjaciel" Childa

Zastanawia mnie czasem, dlaczego z takim zapałem rzucam się na kolejne tomy o Jacku Reacherze, byłym majorze żandarmerii wojskowej, który nieustannie popada w jakieś koszmarne tarapaty. Dlaczego fascynuje mnie kwestia konfliktu między wojskami pancernymi a resztą amerykańskiej armii i po jakie licho mi wiedzieć, jak sensownie zastrzelić kogoś z odosobnionego miejsca na wielopoziomowym parkingu? Co jest takiego wciągającego w kilkustronicowym opisie poszukiwań opakowania po jogurcie truskawkowym i na diabła mi informacja o tym, jak zbudowany jest artyleryjski ślepak...

Nie wiem, nieważne. Lubię Reachera, lubię książki Childa i nawet jeśli jednej z nich nie udało mi się strawić, wciąż będę wypatrywać kolejnych. Może dlatego, że, co za miła odmiana po dziełach Chattama i Grange, bohater tych powieści nie jest idiotą i używa mózgu. Na zmianę z pięściami, ale coś pierwotnego we mnie chce czytać o pięściach, pod tym jednakowoż warunkiem, że coś jest do tych pięści doczepione.



"Nieprzyjaciel", czyli wydana ostatnio nakładem Albatrosa (pozdrawiam, pozdrawiam, gratuluję klimatyzacji!) odsłona przygód pancernego Jacka dzieje się chronologicznie wcześniej niż poprzednie tomy. Rok 1990, upadek Muru Berlińskiego, Reacher wciąż jeszcze jest majorem żandarmerii, a nie, jak zazwyczaj, byłym, emerytowanym żołnierzem. I jako major żandarmerii, wpada na trop spisku, który może zmienić oblicze armii. Brzmi kretyńsko? Ano kretyńsko, 90% bohaterów powieści sensacyjnych wpada na:
trop spisku, który może zagrozić
dowolnie wybranej rzeczy, a najczęściej całemu światu. Tym się wróbelek nie różni.

Różni się sposobem prowadzenia narracji, mnogością zabawnych często szczegółów i milionem pierdół, które powinny przeszkadzać w odbiorze, ale wcale nie przeszkadzają. Kiedy Reacher dokądś idzie, wiemy, ile przejdzie kilometrów, z jaką prędkością i co zobaczy po drodze. Kiedy Reacher kogoś grzmoci, wiemy dlaczego w ten, a nie inny sposób. Kiedy Reacher kogoś tropi, wiemy dokładnie, co robi i w jakim celu. I być może to właśnie jest zabawne i odświeżające w powieściach Childa - sporo praktycznych detali dla odmiany od smętnych pseudopsychologicznych rozważań.

Ad rem, żeby nie było, że znowu sobie dywaguję - "Nieprzyjaciel", nietypowo po raz drugi, narrację ma pierwszoosobową i wyjaśnia co nie co o pochodzeniu i rodzinie Reachera. Zaczyna się od niespodziewanego przeniesienia majora z Panamy, niedługo później w podrzędnym hoteliku zostaje znaleziony dwugwiazdkowy generał wojsk pancernych, który zahaczył o Stany w drodze na konferencję, a chwilę potem trupem pada żona tegoż generała, która, w trakcie włamania, obrywa w łeb łomem. Generał zamordowany nie został. Zszedł tragicznie w wyniku zawału, prawdopodobnie podczas stosunku z prostytutką. Enigmatyczną, bo znaleźć jej nie sposób... Reacher, oczywiście, usiłuje dogrzebać się prawdy na przekór nowemu przełożonemu, który prawdę usiłuje zagrzebać i po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że ktoś buchnął tajny przez poufny plan wspomnianej wcześniej konferencji. Planu ani widu, ani słychu, za to sytuacja wyraźnie się zagęszcza...

I byłaby to kolejna podobna do innych powieść, gdyby nie Jack Reacher, jeden z naprawdę najbardziej charakterystycznych bohaterów literatury sensacyjnej, ciekawszy nawet od tandemu Win&Bolitar Harlana Cobena i na pewno bardziej zabawny niż Hieronymus Bosh Connely'ego, choć ten ostatni wzbudza we mnie ogromną sympatię. I gdyby nie specyficzny sposób prowadzenia narracji.

Można, jak mniemam, lubić, albo nie lubić, ja literaturę sensacyjną wciągam nosem i tylko czasem dostaję nieżytu przy co bardziej grafomańskich tekstach - i rekomenduję. Wszystkim, którzy lubią inteligentną sensację, którzy lubią przeczytać parę książek o tym samym bohaterze i którzy chcieliby się dowiedzieć, dlaczego należący do wyposażenia armii łom wygląda tak, a nie inaczej. Polecam również babom, którym tęskni się za bohaterem, który robi swoje, nie rozdzierając szat i nie wyflaczając się, jak, nie przymierzając, Edzio ze "Zmierzchu" albo, żeby pozostać w klimacie, monsieur Brolin z książek Chattama (który do wniosków dochodzi wtedy, gdy czytelnik najchętniej by go zastrzelił).

A teraz podejmę drugą próbę zmierzenia się z tytułem "Nic do stracenia", bo przy tym tomie odpadłam. Ale może miałam kiepski dzień.

środa, 21 lipca 2010

A wiking wdział szarawary i katanę chwycił - Brent Weeks

Chyba powinnam była opisywać tę trylogię jak Bozia przykazała, bo jednym tomie, ale, po pierwsze primo, gdy brnęłam przez pierwszy tom, do głowy mi nie przyszło zakładać bloga, po drugie primo, gdy czytałam drugi tom, byłam ciężko zawalona robotą (niektórzy dla odstresowania oglądają TV, ja czytam książki, bo TV wymaga ode mnie koncentrowania się na wielkim pudle w pokoju, a w tym jestem beznadziejna), po trzecie primo - ciągle mam coś do zrobienia, napisania, złożenia, zaprojektowania, więc zazwyczaj mi się nie chce...

Więc recenzji a tergo nie będzie, nie dlatego, że źle się kojarzy, ale przez wzgląd na moją sklerozę. "Droga cienia" rozmyła mi się w pamięci, przygnieciona kolejnymi lekturami, "Na krawędzi cienia" pamiętam trzy po trzy, ale "Poza cieniem" skończyłam kilka dni temu i coś tam jeszcze pamiętam. Niewiele, ale zawsze.



O czym są książki Weeksa? Fantasy, w miarę regularne, osadzone w wymyślonym przez autora świecie, którego części stylizowane są na kawałki świata naszego prawdziwego, przynajmniej pod względem kultutowym. Mnóstwo dziwnych, wziętych z sufitu nazw, sporo dziwacznych, nie trzymających się kupy postaci plus bogini Kali, coś w deseń wyższego anioła upadłego, grożąca, na samym końcu integralności świata. IMO największym zagrożeniem dla integralności świata był i jest sam autor, który skleił powieści na kropelkę, ale mniejsza o to.



Mamy więc młodego ulicznika, Merkuriusza, który trafia pod opiekę siepacza, Blinta, zawodowego mordercy od zadań specjalnych, który, gdy przyjmie na kogoś zlecenie, zrealizuje je na 110%. Amen. Motyw uczeń - mistrz ograny jest do bólu, ale nikt niczego lepszego na przestrzeni lat nie wymyślił, niech więc będzie. W pierwszym tomie obserwujemy trudną i brutalną naukę Merkuriusza, jego przemianę w Kylara, siepacza, oraz najazd Sił Zła na państewko, w którym rzecz się dzieje. W miarę, jak akcja się rozwija, dowiadujemy się więcej o miejscowej mafii, o samym Durzo, który, co za niespodzianka, okaże się kimś więcej niż tylko najlepszym z najlepszych najemnych morderców, poznajemy również historię nieszczęśliwej miłości Merkuriusza / Kylara do oszpeconej w dzieciństwie dziewczyny. Na razie jest spokojnie, później miłość zacznie buchać bohaterom uszami.

Magii tu co nie miara, i to jest mój pierwszy zarzut, bo generalnie, jako stara baba, wolę, gdy bohaterowie posługują się inteligencją, a nie ognistymi kulami, ale, że większość z tych bohaterów młoda, można im to, przy odrobinie wysiłku, wybaczyć.



To tyle tła - Merkuriusz zostaje siepaczem, posiadaczem magicznego ka'kari, dzierżycielem magicznego miecza, Sędziego. I przeżywa moralne rozterki, które, jak łatwo się domyślić, skłonią go do porzucenia obrzydliwego fachu i ucieczki z oblężonego miasta. Kylar ma zamiar żyć długo i szczęśliwie z piękną (choć pochlastaną) Elene, która w żadnej mierze nie może zaakceptować tego, kim jej oblubieniec jest, i nawraca go na jedynie właściwą ścieżkę praworządności... Nie wyjdzie jej to, krew nie woda, Kylar zyskał nieśmiertelność, Kylar chce zabijać, Kylar chce być sprawiedliwy. Kylar pozbędzie się Króla-Boga!

Gdyby autor podarował sobie udziwniania świata, czytelnikowi mogłoby być lżej.

Co mnie w tej książce dziko zachwyca? Ani zachwyca mnie zachwycenie scen powszechnie uważanych za obsceniczne z dywagacjami na temat dziewictwa Kylara , które to dywagacje, nakręcone przez pożerające bohatera pożądanie (a Elene mu nie da przed ślubem, bo nie, o), powtarzają się jak kwaśne deszcze. Zachwyca mnie konsekwencja w zachowaniu bohaterów, którzy, utraciwszy wszystko, co dla nich ważne na stronie setnej, na stronie kolejnej żartują sobie w najlepsze, wymieniając dowcipne uwagi (wprowadźmy trochę humoru, pomyślał autor). Zachwyca mnie długość rozdziałów, które potrafią mieć np. 2 strony... Zachwycają mnie motywacje bohaterów, co jedna to lepsza, bardziej szlachetna. Sami bohaterowie również mnie zachwycają.
Kylar - bo jest Aniołem Nocy, nieśmiertelnym zabójcą, ramieniem sprawiedliwości, superhipertwardym gościem, który wciąż nie może skonsumować związku za czem odczuwa, jak mniemam, bolesne skurcze jąder.
Logan - przyszły król, bo jest tak szlachetny, odważny i wytrwały, że już bardziej nie można. I też jest prawiczkiem, ciężko doświadczonym przez los.
Elene - która zasługuje na oddzielny akapit. Postać jak środek wymiotny, doświadczona w dzieciństwie, od dawna kochająca Kylara, dziewica, której szlachetności mogłaby jej pozazdrości Matka Teresa. Typowa-typowa słodka kobietka, której obecność pozwala autorowi napisać ckliwe do imentu, za to szalenie zabawne zakończenie, w którym udział wezmą: wielka miłość, jeszcze większe poświęcenie, przeogromna rozpacz i całe stada czerwonych tulipanów upamiętniających nieszczęśliwą, zakończoną tragicznie MIŁOŚĆ. Wielkimi literami, bo małe nie oddają jej natężenia.

Książki są naiwne - bohaterowie młodzi, niedoświadczeni, obolali od seksualnego niespełnienia, biorą udział w ratowaniu świata, który to świat da się, oczywiście uratować, właśnie z powodu czystości ich zamiarów, szlachetności i gotowości do poświęceń. Być może również przez wzgląd na ich wstrzemięźliwość.
A ja nadal z tęsknotą wspominam, jak ścięli Eddarda Starka i jak młodsza córka tegoż posłużyła się łasicową zupą. Może jestem cyniczna... Ale Lannister nie srał złotem, że się tak wyrażę, a Tyrion miał metr z kawałkiem i zdefasonowaną gębę.

Co jeszcze? Znalazło się w książce kilka kawałków jakby zapożyczonych skądinąd - zakon sióstr, które miały plany eugeniczne, kazirodczy związek między parą królewską, ale wszystko to blednie w zestawieniu z przeplataną: tragedia, dowcipny dialog, tragedia, dowcipny dialog, tragedia, obolałe jądra, dowcipny dialog, obolałe jądra, tragedia, dowcipny dialog...
I kolejne poświęcenie, tym razem w wykonaniu Vi Sovari, siepaczki, która, zakochana w Kylarze, zostaje skazana na wysłuchiwanie jego umizgów do Eleny, a później przeżywania na boku ich uniesień, gdy problem obolałych jąder traci na aktualności. Weeks ma pornograficzną wyobraźnię i fajnie, szkoda tylko, że bohaterowie tacy kryształowi...

Reasumując - da się to przeczytać, jeśli, oczywiście, przymnie się oczy na koszmarkowate tłumaczenie i przełknie jakoś nie trzymające się kupy kolejne sceny. Jest to lepsze od produktów z Fabryki, ma ładne okładki (jedne z najlepszych obecnie, IMO), ale dla kogoś, kto kilka dobrych powieści fantasy zaliczył, nie będzie to intelektualna uczta. Ani w ogóle uczta. Hamburger i frytki z sieciówki, trzy pełne zestawy, a potem Verdin albo inny szajs na problemy z wątrobą.

Ucztować można przy "Pieśni lodu i ognia" albo przy książkach Lyncha, nie przy Weeksie. Weeksa można wziąć na wakacje.

Za udostępnienie książek do recenzji dziękuję koledze, który kupił mi drugi i trzeci tom po tym, jak oznajmiłam - e... nie, chyba za resztę podziękuję. Całuski, cukiereczki, ciasteczka, P!

Mierzyć siły na zamiary...

O tak, mam zamiar wrócić do wywnętrzania się w Badziewiarce, bo czytać nie przestałam. Pochłaniam książki, jak niektórzy ciasteczka - nim się obejrzę, pudełko puste, a na żołądku podejrzanie ciężko. Tylko do pisania nie mam serca, prawdopodobnie dlatego, że dużo piszę niejako zawodowo i gdzieś w okolicach streszczenia dziesiątego tytułu i pracy nad kolejną prezentacją dla Empiku, klawiatura zaczyna wywoływać u mnie odruch wymiotny...

Ale zaraz się zbiorę, choćby i dla siebie samej, co by mieć jakąś listę rzeczy, które pochłonęłam. Umykają z mojej pamięci dwa dni po zakończeniu lektury, gdy tylko ciskam gdzieś tomik, co by mi nie zawalał i tak zawalonego do granic możliwości, mieszkania.

W chwili obecnej wciąż jeszcze nie wcisnęłam na półkę książek Brenta Weeksa, pokuszę się więc może o kilka słów na jego temat. Chyba warto dorzucić swoje trzy grosze do ogólnych zachwytów nad serią Nocnego Anioła.