niedziela, 3 lutego 2013

Reality check 2 - po grecku


Będę odradzać, choć na knajpach znam się kiepsko. Po prostu, jak to czasem bywa, chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle, a właściwie, nie "jak zwykle", tylko "gorzej niż zwykle". Na rodzinne obiady nie wypada zapraszać do fast fooda, zwłaszcza, gdy wiek zaproszonych oscyluje wokół 60. Z hakiem. Wymagania - ma być blisko, ma być wszechstronnie, ma być lekko, ma być różnorodnie, żeby każdy mógł. Kuchnia grecka? Powinno być ok - dużo warzyw, oliwa, sałaty i mięso bez panierki.

Mylos, grecka tawerna mieści się koło Multikina na Ursynowie. Z rezerwacją problem był taki, że się do niej nie dodzwoniłam. Kij z tym, może nie słyszeli. Stolik dostaliśmy na piętrze, na którym jest cieplej niż na dole. Dodatkowy plus - czekający przed kinem nie zaglądają w talerze. Zagadką jest dla mnie tylko to, dlaczego zarezerwowano nam stolik na samym środku sali. No nic, usiedliśmy.

niedziela, 27 stycznia 2013

Przyrodzenie w kolorze zen - "Genom śmierci"



Czasami mam zgryz. Zaczynam czytać jakąś książkę, w połowie uznaję ją za dno (z całym szacunkiem dla dna) i rzucam. Jakiś czas później postanawiam, że jednak napiszę recenzję, więc zaglądam na sieć, co by sobie choć nazwisko autora ocenić. I wpadam na pięciogwiazdkową recenzję na Merlinie. Wtedy właśnie zaczynam żywić wątpliwości względem własnego czytelniczego gustu, smaku oraz względem poziomu mojego IQ. Nic to - anonimowość sieci (taki dowcip) pozwala mi pozostać bezimiennym kretynem. I krytykiem.

Zgryzłam się właśnie na "Genomie śmierci" Lewisa Perdue - porażającym, fascynującym i mrożącym krew w żyłach thrillerze medycznym z posągową bohaterką na pierwszym i szalonymi Japończykami na drugim planie. Lara Blackwood jest inżynierem genetycznym. Życie swe poświęciła na badania nad genami powiązanymi z pochodzeniem rasowym. Niestety - właśnie wyleciała z roboty, a wyniki jej katorżniczej pracy zostaną niebawem wykorzystane przez stukniętych mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni w celu eksterminacji innych, niewygodnych nacji. Szykuje się gigantyczna sprawa, w którą zamieszany jest nawet szczyt szczytów amerykańskiej polityki, ale przecieków nie ma w sumie żadnych, bo ci dziennikarze, którzy coś odkryli, gryzą glebę w ciszy i samotności.

piątek, 25 stycznia 2013

"Easy" Tammary Webber - przedpremierowo



Przyrzekałam sobie solennie, że mieszać pracy z hobby nie będę, ale mi nie wyszło. Dawno temu. Jakieś, żeby nie skłamać, dziesięć lat temu. Mniejsza. Obiecywałam sobie, że nie będę na Badziewiarce uprawiać lokalnego patriotyzmu, też nie wyszło. Lojalnie nie jadę po kimś, kto mi może potem przypadkiem łeb urwać, ale to ze strachu, bo z kimś tam muszę pracować i jeszcze być grzeczna. A skoro jestem taka lojalna, to lojalnie zarekomenduję coś. Cosiem jest książka, którą przeczytałam w oryginale na pracowem mem Kindlu, a która u nas ukaże się 6 lutego - "Easy" Tammary Webber. Po naszemu "Tak blisko".

"Easy" (nigdy się nie przyzwyczaję do polskiego tytułu!) to powieść obyczajowa a właściwie romans, który od typowego romansu różni się tym, że jest a) dobry, b) niegłupi, c) opowiada o ważnym problemie. Jakim? O napastowaniu seksualnym i życiu kobiety PO takim przykrym wydarzeniu. Zaznaczę tutaj (bo mi się ktoś oburzy), że główna bohaterka z opresji uchodzi w ostatniej chwili, cudem zostaje odratowana przez nieznajomego mężczyznę i że z tego cudem odratowania będzie potem romans. Niestety - niedoszły gwałciciel jest znajomym bohaterki, co znacznie komplikuje sprawę i utrudnia Jackie dojście do siebie. Dlaczego?

piątek, 30 listopada 2012

„Smocza droga” jest długa i zawiła...



A kres jej niepoznany. Bo to, liczący sobie circa about pół tysiąca stron, wstęp. Taki staromodny już nieco, przydługi prolog do czegoś, co będzie później, co się rozwinie w wielką historię równie wielkiej wojny i zostanie rozpisane na tomów kilka. Albo kilkanaście. Niektórym wychodzi nawet kilkadziesiąt.  

Zacznę zgryźliwie – fanom lektur spod znaku pewnego wydawnictwa książki nie polecę, bo to nie upichcone naprędce, przeznaczone do szybkiej konsumpcji danie, tylko rozbiegówka mająca zapoznać czytelnika ze skomplikowanym, pełnym nieznanych dotąd ras, światem, który nieuchronnie pikuje w stronę krwawego konfliktu. Zacne. Tylko do mistrzostwa trochę jednak brakuje.

czwartek, 22 listopada 2012

Trzy oblicza nudy i zrzuta na gumkę



Pożyczyłam 18 z jakiejś cukierni, może mnie nie pozwą...
Jak wiadomo, kobiety kochają romanse*. Ona i on, westchnienia, macania i konsumpcja, potem obowiązkowo kłótnia i happy end. To nie będą romanse, przynajmniej będzie, zgodnie z tytułem bloga, badziewnie. Na romanse nachodzi mnie niekiedy. W przerwie między książkami, które powinnam/muszę/chcę przeczytać. Tym razem jakoś tak między thrillerem, bardzo dziwną książką dla młodzieży, bardzo niezłą obyczajówką dla młodzieży, a bardzo, bardzo niezłą fantastyką dla młodzieży. Wiecie, od tej młodzieży to już mi czasem gorzej i muszę sobie zarzucić coś bardziej nie dla młodzieży. Osiemnaście plus, bo ten plus to ja mam spory.

poniedziałek, 29 października 2012

Pop-żarcie, czyli reality check, czyli kanapka z kurczakiem



Zdradzę wam sekret  – nie tylko czytam, oglądam, gram, ale również bywam. Ostatnio byłam w instytucji finansowej. Przyjemność żadna, jak to w przypadku takich wizyt bywa. Godzina przedwieczorna, zimno, ciemno, wieje. Jeść! Najlepiej już oraz niedrogo. W samym centrum Warszawy tanio nie jest. Na obrzeżach też niekoniecznie. Tak serio, obyłabym się, ale osoba towarzysząca zaczynała już wydawać jęki świadczące o rychłej śmierci głodowej. Pizza nie, bo znowu nam wyjdzie siedem dych (przystawki, sałatka, wino…) i półtorej godziny. Padło na KFC.

Zdradzę wam również drugi sekret. Uwielbiam strony o żarciu. Teraz mniej niż kiedyś, ale sympatii ubyło mi niewiele. Creme de la creme stanowią fantastyczne testy konsumenckie polegające na zestawieniu zdjęcia reklamowego z fast foodu ze zdjęciem trzymanej w ręku buły. Czemu miałabym nie strzelić foty kanapce?

wtorek, 23 października 2012

To ja pasuję - "Gra" Johna Connora

Tym razem będzie na ostro, bo wreszcie trafiła mi się książka, przez którą nie przebrnęłam. Nawet nie dlatego, że jakoś wyjątkowo mnie poraziła. Zostało mi ze dwadzieścia stron. Mogłabym doczytać, ale… Ale ni diabła nie interesują mnie dalsze losy bohaterów, którzy mnie ani ziębią, ani grzeją i których ledwie sobie po dwóch tygodniach przypominam.


 Wczesnym rankiem 31 grudnia 1999 roku, z piętnastego piętra luksusowego apartamentowca w centrum Leeds ktoś wyrzuca pochodnię. Ludzką pochodnię! Ofiarą jest Nicholas Hanley, bogaty deweloper z ambicjami i szerokimi powiązaniami w świecie finansów i polityki. Równocześnie znika jego kochanka, Anna Hart. Czy prowadzący śledztwo sierżant Pete Bains zorientuje się na czas, że Anna i jej jedenastoletnia córka zostały porwane? Równolegle trwają intensywne poszukiwania zaginionej bez wieści detektyw Karen Sharpe. Od tego, kto pierwszy ją odnajdzie, zależy znacznie więcej niż tylko jej życie…

poniedziałek, 8 października 2012

Potwory i kowboje kontratakują!!!


Na trop tej osobliwej książki trafiłam całkowicie przypadkowo. Na jednym z portali znalazłam zdjęcie dwóch kobiet z bardzo długimi włosami zrobione na przełomie XIX/XX wieku i podpisane „Siostry Hawkline”. Zaczęłam szukać i szybko odkryłam całkiem niezwykłą książkę, której podtytuł w oryginale brzmiał: Gothic Western, a mowa oczywiście o „Potworze profesora Hawkline'a”. Połączenie słów Gothic i Western brzmiało naprawdę ciekawie, ale gdy książka wpadła w moje ręce trochę się zawiodłam jej objętością. Trzeba jednak przyznać, że nie grubość książki świadczy o jej treści, a ta jest naprawę ciekawa.

Na początku opowieści spotykamy dwóch rewolwerowców Greera i Camerona, trudniących się profesją „zabijania ludzi na zlecenie”. Panowie aktualnie spędzają czas na Hawajach, gdzie w pełnym uroku sielankowym klimacie mają właśnie zakończyć życie pewnego ojca radośnie bawiącego się z synem. Tak zwane „trudne sprawy” kończą się dobrze dla nieświadomego niczego „celu”, gorzej dla kowbojów, którzy nie są w stanie wykonać wyroku i muszą szukać nowego zlecenia. I tu zaczyna się opowieść przypominająca fabułą wszystkie inne westerny. Dzielni rewolwerowcy ratują biedne kobiety i dzieci przed niebezpieczeństwem. Stop. To nie ta książka. Tutaj akcja rozwija się inaczej.

Rewolwerowcy spotykają Indiankę o wdzięcznym imieniu Magiczne Dziecko, która podróżowała wiele dni by ich odnaleźć i sprowadzić do domu swej pani o nazwisku Hawkline.  Od tej chwili zwykłe kolejne zlecenie przemienia się w absurdalny ciąg zdarzeń, w którym nikt nie jest tym za kogo się podaje, nie wygląda tak jak powinien a także nie jest tak martwy jakby można było przypuszczać. Gdy we trójkę docierają do celu podroży zostają co tu dużo mówić…dość chłodno przywitani, na zewnątrz letnia temperatura a w domu środek zimy! Panna Hawkline czekająca na ich przybycie szybko wyjaśnia im, że pod domem znajdują się lodowe jaskinie i miejsce to ich ojciec celowo wybrał do założenia laboratorium, gdzie w spokoju mógł pracować nad dziełem swego życia czyli… chemikaliami. I kiedy tak sobie pracował i tworzył w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął w jaskiniach i  ślad po nim zaginął. W końcu rewolwerowcy z krwi i kości zbawiający się w salonach i pijący hektolitry alkoholu spotykają prawdziwego potwora. Ale ten potwór też jest nie taki jak być powinien. Próżno tu szukać wielkich zębisk i rozdziawionej paszczy, ostrych pazurów i bezmyślnej agresji. To stworzenie jest sprytne, inteligentne i nie działa w pojedynkę. Ma nieodłącznego towarzysza, który już dość znudził się swoją drugoplanową rolą i pragnie zmian.

W książce bardzo mocno odczuwa się hipisowski klimat wolnej miłości i o dziwo to kobiety są inicjatorkami kolejnych romansów. Może nawet romans to zbyt mocne słowo lepiej nazwać je kurtuazyjnie przygodą na jedną noc lub dzień lub przerwą przed  pogrzebem lokaja, którego ciało beztrosko zostało porzucone w piwnicy. Czy to jednak tylko ognisty temperament dam mieszkających w domu zbudowanym na lodowych jaskiniach czy też kryje się za tym zachowaniem pewna tajemnica to już zostawiam do odkrycia czytelnikom.

Ta książka mimo, że do tematyki grozy wnosi całkowicie nową jakość nie ma niestety szczęścia do  ekranizacji. Podobno były jakieś przymiarki, a w głównych rolach planowano nawet obsadzić takie sławy jak Jack Nicholson czy Jeff Bridges, ale niestety pomysły upadały jeden po drugim. Nawet Tim Burton zainteresował się książką by uwiecznić ją w formie kolejnej mrocznej produkcji filmowej. W tym przypadku to akurat dobrze bo o ile znalazłam informacje, że w filmie mieli grać Clint Eastwood i znowu! Jack Nicholson to ja myślę, że Burton i tak ostatecznie wybrał by Johnny’ego Deppa (ile razy można obsadzać jednego aktora w różnych filmach, ale praktycznie w tej samej roli). Jako wyjątkowego ponuraka obstawiam się, że otrzymał by propozycję zagrania ojca sióstr Hawkline z brawurowo odegraną, bogatą mimiką stojaka na parasole (to nie jest tylko i wyłącznie przytyk do talentu Deppa tam naprawdę trzeba by było odegrać taką rolę). Ta pełna ciekawego poczucia humoru, groteski  i lekkości książka ma jednak dość niespodziewane zakończenie. Sielankowy urok opada wraz ze zniknięciem potwora i obnaża całkowicie pozbawiony kolorów realizm i prozę życia głównych bohaterów. Przed oczami po przeczytaniu książki stanęły mi ostatnie sceny z filmu Prawdziwe męstwo, gdzie nie ma miejsca na magię i szczęśliwe zakończenie jest tylko szara ludzka egzystencja i brak nadziei na lepsze jutro. Trzeba przyznać, że przynajmniej koniec książki to prawdziwy western.

wtorek, 2 października 2012

Bohaterowie są zmęczeni - "W tajnej służbie"


A przynajmniej byli – jakieś 10 lat temu. Niedawno wydana powieść Lee Childa „W tajnej służbie” to wznowienie książki „Bez pudła”, która wyszła nakładem ISY ładnych kilka lat temu. W oryginale nazywa się toto „Without Fail”, ale, wiadomo, nie będziemy powtarzać starego tytułu, choćby był strasznie dobry. Zrobimy własny. Praktykę rozumiem, problem znam, ale nie zmienia to faktu, że ten starszy był lepszy. Z poprawiania dobrego nic dobrego zazwyczaj nie wynika.

Teraz mi się przypomina, że imć Wydawca mówił mi kiedyś, że będzie nowa i wznowienie, ale ta nowa lepsza, a wznowienie takie sobie. Za diabła nie wiem, czy chodziło o „Uprowadzonego”, czy „W tajnej służbie”, wychodzi mi na to, że jednak o tę ostatnią. I tak dochodzimy do clou przed treścią właściwą – książka jest milion razy lepsza niż dzieła Pattersona albo jego pomagiera, który ostatnio pisze samodzielnie (nie wiem, jak mu idzie, padłam w połowie jego pierwszej książki), ale... Ale nie jest to najlepsza książka Childa.

wtorek, 25 września 2012

Kolejny stopień skretynienia



Moja wina! Kobietą jestem, to moja, nie cudza, nie chłopa, nie wspólna. Tak wynika z billboardu, który zoczyłam parę dni temu przy jednej z głównych ulic w Warszawie. Dwie wielkie dupy, babskie, w różowych gaciach w kropeczki. Do tego kiepski rebus Ja Ty jemy plus stare porzekadło. Z błędem, ale chrzanić błędy. Jak wiadomo, stare porzekadła są źródłem mądrości. Bo są, dowodów nie trzeba.

Po lewej mamy matkę, po prawej córkę, obydwie otyłe, siedzą do nas plecami (stąd te dupy), a na plecach wymalowany mają, niczym więzienny numer, wspomniany rebusik. Kampania społeczna. Walczymy z otyłością. Z otyłością, która, jak sugeruje billboard, wynika z winy kobiet.

sobota, 22 września 2012

Mass Effect. Analiza przypadku.


Uwaga: to jest analiza. I zawiera SPOJLERY!

Będę dobijać konia. Komputerowego. O zakończeniu serii „Mass Effect” powiedziano i napisano już wiele. Przeważająca część głosów była negatywna, finał space opery zjechano, zjechano autorów gry, a EA, wykazawszy się fatalnym podejściem do fanów, zgarnęła prestiżową nagrodę Złotej Kupy. Temat zdążył się nieco przeżyć, ale, skoro wychodzą kolejne DLC, dorzucę coś od siebie.

piątek, 21 września 2012

Niezły kanał, czyli jak nie dać się pożreć legendarnemu potworowi.

Bardzo lubię dobre filmy akcji, gdzie twardzi faceci z karabinami przedzierają się przez dżungle lub pacyfikują krwiożercze istoty z obcej planety. Klimat ciemnych, klaustrofobicznych miejsc, niebezpiecznych misji i dziwnych potworów zdecydowanie działa na mnie zachęcająco. Nie ukrywam, że opis promujący książkę Obiekt R/W0036, porównujący ja do sagi o „Obcym” zaintrygował mnie i dał nadzieję na naprawdę dobrą rozrywkę.

Sam pomysł autora by umieścić akcje książki podczas Powstania Warszawskiego, trochę mnie zaniepokoił. Patriotyczne obrazy walki z wrogiem widziane tylko z jednej polskiej perspektywy trochę mnie irytują. Ale nie tym razem, bo ta książka to przede wszystkim  dobra rozrywka. Od pierwszej do ostatniej strony zaplanowana by cieszyć czytelnika kolejnymi opisami, tak by przypadkiem nie zgubił się w chronologii zdarzeń i szybko zorientował się z jaką bestią ma do czynienia. Tak więc na początku cofamy się w czasie do genezy powstania legendy i opisu poczwary terroryzującej ludność Warszawy w 1582 roku. „Dzielni” mieszkańcy rozprawiają się z bestią tak jak potrafią, zakopując ją w pieczarze, pozwalają by przetrwała już tylko w miejskich opowieściach. Ale jak to w takich historiach bywa Bazyliszek nie umiera, co więcej budzi się tak samo zły jak poprzednio i głodny.


wtorek, 18 września 2012

50 twarzy Greya - pod publiczkę



Żeby się pozycjonować, a co? W końcu to bestseller, nie ma przebacz, opinii na sieci całe mrowie, na pewno ktoś się skusi i przeczyta. Recenzję, nie książkę. Połowa osób, które przeczytają książkę, wcale się do tego nie przyzna. Połowa z tej połowy, która się przyznała – objedzie. Połowa z tej połowy, która objechała, zrobi to zupełnie nieszczerze, bo tak pewnie wypada. Druga połowa, czyli szczera połowa (żeby się połowy nie pochrzaniły) pewnie uzna PTG (skrót od tytułu, dla mniej zorientowanych) za rzecz niestrawną obrzydliwą, niekoniecznie ze względu na brak walorów literackich, ale przez wzgląd na zawartość merytoryczną.

Bo on ją klepie, a ją to kręci. Nie „bije”, bo „bije” pod koniec, ale klepie. To się nazywa spanking. Taki dla mało zaawansowanych, ale co tam – obrzydliwie jest i koniec, bo kobieta nie jest przedmiotem i żaden chłop (nawet pachnący zabójczo, dysponujący przepięknymi stopami multimiliarder) jej klepać po zadnich częściach ciała nie będzie. Nie, żeby było tych opinii wiele, nawet się zdziwiłam...

Pora na zmiany

W związku z coraz większą popularnością blogów wszelakich, z których część jest opiniotwórcza (a część usiłuje), uznałyśmy, całkiem na trzeźwo, że taki blog to niegłupia rzecz. Miało być książkowo - książkowo też fajnie, niektórzy nawet dostają książki za darmo. Może i nam obleci, chyba, że jakiś wydawca przeczyta i uzna, że dowcip jest nędzny, a recenzje wyrządzą więcej szkody niż pożytku. U tych trzech osób, które je zobaczą.

Uznałyśmy - bo co dwie głowy, to nie jedna, że motywacja wzajemna też może coś dać. Mnie zapału zabrakło, teraz się odnawia. Ale wiecie - to tylko ta wizja książek, które już niebawem ktoś mi prześle, a których i tak nie będę miała gdzie trzymać.

Tym razem próbujemy reaktywować się konkretniej - a nie: jeden post na rok, bo wyrzuty sumienia, czy coś, dla przykładu ciężka cholera. I nie będzie tylko o książkach, ale w ogóle o kulturze i innych pierdołach, bo w końcu wszystkiego na walla nie wrzucimy, a jak wrzucimy - i tak zginie, a niektóre rzeczy są wiekopomne i zasługują na właściwe opisanie.

Może nawet wydamy książkę?

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Z ostataniej chwili

Nie mogę się doczekać, aż ktoś u nas wyda thriller o zombie, które są personifikacją kapitalizmu. O tak, wieje świeżością...

sobota, 4 grudnia 2010

Trup na zadupiu - Czerń kruka

Efekt grzebania na półce w bibliotece. Jeden z kryminałów wydanych przez Amber, wydawnictwo mogące się poszczycić najbrzydszymi okładkami w dziejach ludzkości. "Kryminał z klasą" - stało na okładce, nagrodzony, mrożący krew w żyłach (litości...). Mała społeczność na Szetlandach, tajemnicze morderstwo nastolatki, podejrzany w osobie miejscowego samotnika, niepełnosprawnego umysłowo staruszka. I twarda oprawa. Ludzie, dajcie sobie spokój z tymi twardymi oprawami, błagam...


Może narażę się wielbicielom Szetlandów, ale cała ta książka pachnie mocno zastałym zadupiem. Typowa zamknięta społeczność karmiąca się własnymi sekretami, niezdolna wyzbyć się ugruntowanych przez lata uprzedzeń, dogmatyczna i dająca wiarę wszystkim wygodnym stereotypom. No to mamy tło. Mamy też trupa - piękną, pochodzącą z zewnątrz nastolatkę, którą ktoś udusił czerwonym szalikiem i zostawił w diabły na śnieżnym polu. Mamy podejrzanego - miejscowego dziwaka, człowieka niepełnosprawnego umysłowo. I mamy klimat - zimowy, wyprany z nadziei, podbiegunowy wręcz i zdecydowanie niesympatyczny.

A trup utknął - Między tęsknotą lata a chłodem zimy

Wydaje się, że Stieg Larsson zrobił ogromną krzywdę wszystkim marketingowcom od kryminałów. Zawęził im horyzonty. Każdą książkę z Północy należy porównać do "Millenium" i prawie każdą trzeba okrzyknąć lepszą od "Millenium". Po co się wysilać? Nazwisko Larssona działa magicznie, każdy zna, kojarzy, jeśli nie czytał, to przynajmniej słyszał...

"Stieg Larsson mógłby mu pozazdrościć pióra" - stało w reklamie w wagoniku metra. Zaraz pod okładką książki Perssona i informacją, że mamy do czynienia z najpopularniejszą w Szwecji trylogią policyjną. Niestety, wydawca, to jest Czarna Owca, niegdyś Santorski and CO, nie pokusił się o wyjaśnienie, skąd wytrzasnął ten urokliwy slogan. Tekst jakiegoś krytyka? Brak nazwiska (nazwiskami należy się chwalić!), brak tytułu gazety brak jakiegokolwiek źródła wskazywałby na to, że na plakacie pojawiła się prywatna opinia jednego ze speców od promocji sprzedaży. Ciekawe...

wtorek, 16 listopada 2010

W hołdzie Sienkiewiczowi - Wilczy miot

Najnowsza spiskowa teoria dla wielbicieli facetów w długich szatach, zakonników znaczy. Tym razem winni są nie Różókrzyżowcy, nie Templariusze, ale nasi, jakże swojscy, Krzyżacy, których nam wsadził jeden książę Mazowiecki. Wiecie, co zrobili Krzyżacy? Jakich zbrodni się dopuścili? Poza tymi opisanymi przez Sienkiewicza (Jurand i te sprawy) w wiekopomnej powieści, nad którą cierpią kolejne pokolenia uczniów?

Krzyżacy wyhodowali wilkołaki i użyli ich jako broni przeciwko niewiernym. Za wyjątkowymi okrucieństwami i wymordowaniem mieszkańców Mejdanu stanął zaś sam komtur krajowy Erhard, który rękami, czy też raczej łapami Lilii, wielu życia pozbawił, o! Brzmi kretyńsko? Wilkołaki w Malborku? Wilkołaki w Piszu?

Niech sobie brzmi, książka jest fajna.



Wydał toto dzieło Prószyński ze spółką pod sztandarem Nowej Fantastyki. Nowa seria znaczy - z rekomendacją. Poszli chłopcy po rozum do głowy, skoro mają miesięcznik zajmujący się fantastyką i od lat w miarę opiniotwórczy, czemu by nie skorzystać i nie wydawać powieści pod egidą NF. Co z tego wyjdzie, to się jeszcze okaże, na razie wychodzą cuda pokroju potworów w Malborku.

Nie kupiłabym tej książki, gdyby nie bezpośrednia rekomendacja, bo...
- mariaż Krzyżaków z wilkołakami jednak (dla mnie) pachnie niespecjalnie;
- okładka jest wprost upiorna, a baba na niej brzydka tak, że graficzce oberwałabym jakąś kończynę (to tańsze niż wysłanie jej na studia z ludzkiej anatomii);
- skład typowy-typowy, choć stron pod 400, światła tyle, że bije po oczach, a literki jak stado wołów;
- stosowna cena - 35 zł za jeden wieczór lektury (chyba, że ktoś się będzie guzdrał, to wtedy dwa wieczory);
- wystarczy?

No ale dostałam rekomendację, a na tylnej okładce przeczytałam kolejną, tym razem George'a Martina. Niech już będzie - Martina bardzo cenię, od czasu do czasu mogę się na konkurencję wyżyłować. Nie żałuje.
Książka jest prosta i opowiada o Lilii, wilkołaczej pannicy, która w służbie Bogu popełniła tyle zła, że wystarczyłoby z nawiązką dla całej bandy zwyrodnialców; o jej panu i przewodniku, komturze krajowym oraz Ulfiem, młodym, jednorękim mężczyźnie, który Lilię, nie wiedząc, kim jest, z dobroci serca uratuje. Zwrotów akcji tyle tu, co kot napłakał, opisów przyrody nie uświadczymy, jest za to kilka trafnych dialogów i jakiś zamysł autorski, który sprawia, że "Wilczy miot" czyta się trochę jak baśń, trochę jak krwawą legendę, a trochę jak przypowieść o miłości, winie, karze i przebaczeniu.
Żal tylko, że polecany przez Martina autor nie ma tyle zacięcia, co monsieur Goerge R. R., bo książka jest zwyczajnie - przykrótka. A szkoda, materiału jest w niej na więcej - więcej dialogów, pogłębienie postaci bohaterów, przybliżenie historii Lilii. Szczęśliwie będą kolejne dwa tomy. Też sobie kupię, a co?

Resume: można kupić dziecku 14+ na mikołajki i potraktować jak wprawkę przed "Krzyżakami" ;-) W końcu i tu goście w białych płaszczach i tam goście w białych płaszczach... I tu romans, i tam romans. I tylko nagich mieczy nie uświadczysz. Nagie są różne części ciała, ale niezbyt nachalnie. Można kupić na mikołajki sobie i wreszcie przeczytać coś bezpretensjonalnego z w miarę pozytywnym, choć nie cukierkowym zakończeniem.

---

Dopiero po nabyciu "Wilczego miotu" zorientowałam się, że chyba dziecinnieję, bo wśród patronów medialnych tytułu jest "Bravo". Ach, to by wskazywało, że to książka dla młodszej młodzieży, a nie starsiejszych bab (wybrakowanych singli, jak ostatnio ustaliłam). Najpierw się obruszyłam, bo sporo w powieści krwawych i okrutnych scen (z gwałtem włącznie), ale potem machnęłam ręką. Lepsze fruwające kończyny niż pokaźne atrybuty dowolnie wybranej pop-gwiazdki.

sobota, 13 listopada 2010

Nie ma dla mnie nadziei - Singielka w wielkim mieście

No wiecie... Tak czasem bywa, że wypożycza się książkę z zamiarem czytania jej do poduchy ku pokrzepieniu serca, a wychodzi z tego jedna wielka chała. Podejrzewam, że chał tym więcej, im więcej książek się przerabia, więc poniekąd sama sobie jestem winna.



O, przeczytam sobie coś babskiego, dla odmiany od seryjnych morderców, zamachowców, wampirów i upadłych aniołów. Zabawne to ponoć, jak przekonuje tekst z okładki, stworzone przez babkę zamieszaną w produkcję "Seksu w wielkim mieście", więc na pewno obędzie się bez umoralniających pogadanek. A poza tym, nie ukrywajmy, jestem singielką. Mieszkam w wielkim (na nasze krajowe standardy) mieście*, jestem więc jak najbardziej odpowiednią czytelniczką. Dodatkowy smaczek - główna bohaterka pracuje w branży wydawniczej.

Główna bohaterka pracuje w branży wydawniczej. I jest sama. Na tym podobieństwa się kończą, bo, po pierwsze primo, branża wydawnicza w Stanach różni się od tej naszej, a po drugie Nowy Jork to jednak nie Warszawa, nie? Nie poszła mi identyfikacja z tą pierwszą i najważniejszą? Trudno, do wyboru mam jeszcze kilka samotnych bab. Jedną świeżo rozwiedzioną, którą mąż puścił w trąbę z brazylijską tancerką; jedną nawiedzoną wegetariankę, jedną pogrążoną w depresji eks-właścicielkę kota i jedną eks-prawniczkę, aktualnie na tropie tego jedynego. Wszystkie pragną szczęścia, wszystkie posuwają do ciężkich idiotyzmów, żeby to szczęście wreszcie ucapić. Najdalej posuwa się Julie (oczywiście znowu musiałam grzebać po sieci za imieniem, bo przez tydzień kompletnie zapomniałam), która rzuca aktualne zajęcie i postanawia napisać książkę. O singielkach w różnych krajach. Jej szefowa przełyka jakoś pomysł, więc Julie, z biurowej wyrobniczki, przeistacza się w przyszłą pisarkę i, z otwartym biletem, rusza na podbój świata. To się nazywa risercz.

Wtręt - strasznie bym chciała mieć tyle forsy, żeby sobie zafundować taki risercz. Już sama możliwość podróżowania po świecie, tarzania się w hotelach i poznawania nowych ludzi powinna człowieka uszczęśliwiać. Amen.


Julie odwiedza więc po kolei Francję, Włochy, Brazylię, Szwecję, Indie (pewnie coś pominęłam), spotyka kolejne samotne kobiety, a tymczasem jej przyjaciółki usiłują sobie jakoś radzić w problemami. A z jakimi problemami radzi sobie czytelnik?

Czytelnik musi poradzić sobie z:
- zazdrością, że Julie popyla po całym świecie, ma romans z przystojnym Francuzem, mieszka w luksusowych hotelach i ma monopol na prawdę (tak by wychodziło z jej monologów);
- irytacją, że reszta bab zachowuje się, jakby była niespełna rozumu - autorka z lubością przejaskrawia różne odpały, co nie bardzo trzyma się kupy w zestawieniu z pełnymi zadęcia wyjaśnieniami narratorki, Julie;
- przydługimi dywagacjami na temat sensu tego, czy tamtego;
- wnioskami, które są dość upiorne.

Wnioski, tak na już, po odłożeniu książki, nasuwają się dwa:
- każda singielka marzy o tym, żeby nie być singielką i, choćby stanęła na rzęsach, póki chłopa nie znajdzie, szczęśliwa nie będzie;
- kiedy masz depresję, idź do psychiatry i łykaj pigułki, nie ma się czego wstydzić.

Z wnioskiem drugim się zgadzam, pierwszy budzi moje wątpliwości, bo naprawdę żywię głębokie przekonanie, że niektórzy ludzie odczuwają satysfakcję z, dajmy na to, pracy zawodowej. Ale może się mylę. Może za kilka lat ja również kompletnie sfiksuję i zacznę myśleć wyłącznie o tym, że JESTEM SAMA. Brrrrrr.

Resume, żeby nie było, ze znowu nie ma: można przeczytać, choćby dla kilku społecznych obserwacji, ale ani to specjalnie dowcipne, ani mądre. Napisane tak, że nie stawia oporu. BTW, szczerze żałuję, że Julie nie zawitała do Polski, bo chętnie przeczytałabym o tym, jak sobie radzą baby w naszym kraju. Pewnie wtedy książka byłaby zabawniejsza.

Aha, nie mam złudzeń, w porównaniu z przeciętnym romansidłem, to jest arcydzieło!

*Tak naprawdę mieszkam POD wielkim miastem, w starym PGR, więc może nie jestem tak do końca targetem i smętne, zarośnięte chaszczami pole, które widzę z okna, przesłania mi jedyny właściwy punkt widzenia.

wtorek, 2 listopada 2010

Cala prawda, święta prawda i g*** prawda.

W ostatniej analizie GFK dla naszego kochanego największego sprzedawcy książek w Polsce wyszło, że jedynie jakiś nikły procent czytelników ocenia książkę na podstawie okładki. Kazał kolega te badania przejrzeć, to przejrzałam. I postukałam się w głowę.

Nie ocenia się książki po okładce, nie? Po wejściu do księgarni zamykamy wszyscy oczy i staramy się nie widzieć tych pierwszych stron... Ludzie, litości. Respondenci łgali jak najęci, co by wypaść na bardziej inteligentnych, bo lepiej powiedzieć, że tematyka, autor, zainteresowania, niż kapitalna grafika. A ja i tak wiem swoje. O.

Wiem na przykład, że okładka jest integralną częścią książki - jak tytuł. Dotyczy to zwłaszcza książek dla mniej wyrobionego, z całym szacunkiem, czytelnika, czyli tzw. młodzieżówki. Po okładce oceniamy, w ułamku sekundy, czy książka w ogóle może nas zainteresować. To tak jak z reklamą - ledwie mgnienie oka trwa podświadoma ocena graficznego przekazu (tak mi powiedzieli na kursie, a ja się z grafikami nie będę brać za łby), podoba się, albo się nie podoba.
Albo trzecia opcja - jest tak fantastycznie szkaradne, ze aż muszę pomacać.

Mniejsza. Okładka ważną rzeczą jest i nie ma co się tego wstydzić.
Przykład? Idzie nastolatka do księgarni i ma do wyboru:



Albo:



Szybka ocena, dla osoby w jakim wieku jest książka "Danina"? Dwanaście? Dziesięć? A "Tithe"? No chyba dla starszej... A to jest ta sama książka w oryginalnym i polskim wydaniu. Zgłupieć można, prawda?

Oczywiście do dzisiaj powstały za granicą przynajmniej kolejne dwa wydania z różną szatą graficzną, ale żadna z nich nie jest tak porażająca, jak nasza ;-) Nie mogę się doszukać, czy ukazała się po polsku trzecia część tej luźnej serii - "Ironside". Może i nie, a szkoda. Chciałabym zobaczyć, bo jeden z "oryginałów" wygląda tak:



A teraz wszyscy zestawiamy sobie "Ironside" z "Daniną" i powtarzamy głośno: nieeeee, nigdy nie oceniam książki po okładce!